Felietony Polityka

Zaklinacze historii

Auschwitz/fot. Małgorzata Tomczak
Auschwitz/fot. Małgorzata Tomczak

Na linii Polska-Izrael od dwóch lat obserwujemy wzrost napięcia. W styczniu ubiegłego roku powstał nowy problem w postaci podejścia obu państw do tzw. Ustawy 447 przyjętej przez amerykański Kongres.

Nowy przepis nazywany również JUST (Justice for Uncompensated Survivors) zakłada, że Departament Stanu USA będzie zobowiązany do przedstawiania raportów na temat zwrotu mienia pożydowskiego w krajach, które podpisały tzw. Deklarację Terezińską. Dokument 447 ma, co prawda, jedynie wymiar symboliczny i nie zakłada żadnych rzeczywistych mechanizmów nacisku, ale wzbudza żywe emocje nie tylko wśród amerykańskich organizacji żydowskich, ale także wśród polonii amerykańskiej. Podczas społeczno-medialnej debaty oba kraje wdały się w spór na temat polskiego współudziału w Holokauście.

 

Na amerykańską ustawę żywo odpowiedziało ugrupowanie Pawła Kukiza, proponując własną ustawę przeciwko „żydowskim roszczeniom”, a do protestów włączyły się też środowiska startującej (bez powodzenia) do Parlamentu Europejskiego prawicowej Konfederacji z Grzegorzem Braunem, Liroyem i Januszem Korwin-Mikkem na czele.

 

W Izraelu do polskich protestów odniósł się między innymi Jair Lapid, jeden z liderów Kahol-Lawan (Biało-Niebieskich), koalicji, która o włos przegrała w niedawnych wyborach z Likudem, prowadzonym przez obecnego premiera Benjamina Netanjahu. Lapid w udzielonym wywiadzie Nissanowi Tzurowi dla portalu Onet, poinformował, że nie cofa swoich słów o Polakach biorących aktywny udział w Holokauście. Jak sam mówi, podając przykład swojej prababki, którą Niemcy wysłali do obozów w Polsce z Serbii, nie bez powodu centrum Zagłady było umieszczone właśnie w naszym kraju. Hitler miał widzieć, że wysoki poziom antysemityzmu panujący wśród Polaków, pozwoli na realizację jego politycznych celów.

 

Lapid podkreśla, że jego zdaniem przyjęta w ubiegłym roku ustawa IPN, zakazująca mówienia o „polskich obozach zagłady” i sugerowania udziału Polaków w Szoa, dała polskim antysemitom sygnał, że mają rządowe przyzwolenie na obronę swoich przekonań. Choć Lapid nie wchodzi w skład rządu Bibiego Netanjahu, to podobne poglądy mają też inni izraelscy politycy i wielu obywateli. Głośne były choćby słowa pełniącego obowiązki Ministra Spraw Zagranicznych Izraela Kaca, w których cytował wypowiedź premiera Icchaka Szamira z 1989 roku o Polakach wysysających antysemityzm z mlekiem matki. Nawet poczytny dziennik „Haarec”, kojarzony w Izraelu raczej z centrum i lewicą, publikował opinie stające w obronie słów Kaca. W opozycji do tych słów pojawiały się także głosy poparcia dla Polaków, które jednak są w dużej mierze ignorowane przez media nad Wisłą, w szczególności prawicowe, i zagłuszane różnymi komentarzami, opiniami i doniesieniami, prawdziwymi lub nie, dotyczącymi polityki organizacji żydowskich lub Izraela.

 

W obronie Polski stanął między innymi minister współpracy regionalnej Cachi Hanegbi, mówiąc, że jest zszokowany takim uogólnieniem. Wielu izraelskich uczonych i artystów oskarżało Kaca o rasizm i domagało się przeproszenia Polaków. Edward Mosberg, 93-letni ocalały z Holokaustu były więzień Auschwitz, cieszący się uznaniem w środowiskach żydowskich, w szczególności w USA, nazwał Kaca „głupim idiotą”, podkreślając, że nie ma żalu do Polaków. Ma natomiast żal do Niemców, którzy to są odpowiedzialni za Zagładę, bo wybrali w demokratycznych wyborach Adolfa Hitlera. Te słowa obiegły Polskie media, ale w prawicowej części internetu zostały mimo wszystko potraktowane cynicznie.

 

Antysemicka retoryka nie wzięła się znikąd. Prawo i Sprawiedliwość trafiło w Polsce na podatny grunt poprzez przeniesienie ciężaru polskiej debaty publicznej w aspekcie relacji międzynarodowych na politykę historyczną. Postawiono na podkreślanie jednoczesnego bohaterstwa i polskiej martyrologii. Władza stanęła w obronie kraju przed rewindykacją mienia, jednocześnie sugerując, że Polska będzie domagać się reparacji wojennych od Niemców.

 

W efekcie takiej polityki, polsko-izraelskie stosunki są najgorsze od wielu lat i zaprzepaszczają pracę narodów oraz dyplomatów obu krajów mającą prowadzić do normalizacji relacji. Widać między innymi brak chęci dialogu, co wyraźnie pokazała kwestia odwołanych przez premiera Morawieckiego rozmów z izraelską delegacją, gdy tylko do Polski dotarły doniesienia, jakoby miała ona przyjechać do kraju na rozmowy o ustawie 447. Mimo to, przedstawiciele izraelskich władz pojawili się w Warszawie, jednak nie na spotkaniu z przedstawicielami rządu, a jedynie ze środowiskiem polskich Żydów.

 

PiS twardo postawił na politykę historyczną, przez którą domaga się od świata szacunku do Polski i Polaków, nie oferując jednak nic ponad wspomnienia z czynów minionych pokoleń, jednocześnie bezsensownie machając nadrdzewiałą szabelką. Rząd jasno daje do zrozumienia, że nie potrafi rozmawiać ze swoimi odpowiednikami o innych poglądach. W przypadku Izraela chętnie przyjmowaną strategią jest zrywanie rozmów.

 

Tego typu polityka zwykle okazuje się jednak fiaskiem. Kiedy Morawiecki odwołał przyjazd na szczyt Grupy Wyszehradzkiej w Jerozolimie, ogłoszono, że cały szczyt jest odwołany. Polska delegacja nie przyjechała na Bliski Wschód. Mimo to, pozostałe delegacje przybyły, przeprowadzono rozmowy z rządem Netanjahu, niejako dając do zrozumienia, że Polska przy stole wcale nie jest potrzebna, a nasi sąsiedzi wolą budować politykę zagraniczną w oparciu o dialog. Jednocześnie Rząd prezentuje Polskę jako regionalnego lidera, kluczowego dla decyzji Grupy, choć rzeczywistość pokazuje, że pozostałe państwa członkowskie nie podzielają tej opinii.

 

Po tym jak w Warszawie odbył się organizowany przez środowisko narodowców marsz manifestujący sprzeciw wobec ustawy 447 izraelskie i amerykańskie media okrzyknęły go „największą demonstracją antyżydowską od lat”. Padały na marszu hasła takie jak „to jest Polska, nie Polin”, „eskimoski skok na kasę” czy „nie dla żydowskich roszczeń”. Na transparentach widniały teksty i grafiki antyżydowskie, antyizraelskie i antyamerykańskie, a wśród tłumów można było zobaczyć demonstrantów dumnie prezentujących nadrukowane na ubraniach krzyże celtyckie i niosących papierowe Gwiazdy Dawida, na których przekreślono liczbę 447. W takim właśnie klimacie PiS podjął decyzję o zerwaniu rozmów z mającą przybyć do Polski delegacją, co zostało za granicą zauważone i odebrane przede wszystkim jako poparcie Polski dla antysemityzmu w kraju.

 

To, że partia Jarosława Kaczyńskiego postawiła na politykę historyczną widać w wielu aspektach. Ministerstwo Sprawiedliwości stworzyło stronę internetową o wymownym adresie „germandeathcampsnotpolish.com” (Niemieckie Obozy Śmierci Nie Polskie), która ma w założeniu informować o historii relacji polsko-żydowskich podczas II wojny światowej. Od kilku lat zmienia się masowo nazwy ulic, wymazując kojarzące się z PRL nazwiska. IPN organizuje konkursy na różnego rodzaju twórczość historyczną, korzystając z rosnącego co roku budżetu, podnoszonego kosztem instytucji takich jak Rzecznik Praw Obywatelskich, Sąd Najwyższy czy Państwowa Inspekcja Pracy. Ministerstwo Spraw Zagranicznych ogłosiło konkurs na najlepszą pracę obcojęzyczną promującą historię Polski, w którym ufundowano nagrodę w wysokości 10 tys. EUR, a minister Gliński chwali się, że obecnie w produkcji jest około 40 filmów historycznych.

 

Można powiedzieć, że rządzący mają rozmach. Problem pojawia się dopiero, kiedy prowadzona przez PiS polityka historyczna zderza się z rzeczywistością. Okazuje się wtedy, że na międzynarodowym rynku politycznym są gracze, którzy mają w operowaniu historią więcej doświadczenia i robią to sprawniej. Izrael swoje działania na polu historii prowadzi od wielu lat, nie zaskakuje niespodziewanymi reakcjami i prowadzi swoją politykę stabilnie. Kolejne rządy budują relacje z diasporą, wspierają ją. Z krajami Zachodu prowadzą otwarty dialog, w którym nie starają się prezentować ograniczonej optyki. Nawet pokazując martyrologię narodu żydowskiego Izraelczycy mówią tak o tych, którzy wobec Żydów czynili zło, jak i tych, którzy ten naród wspierali. Żywym świadkiem takiej działalności jest Instytut Jad Waszem, w którym można podziwiać wielki ogród z drzewkami poświęconymi pamięci Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, w znacznej większości Polaków.

 

W ofensywie mającej prezentować w jasnych i dumnych barwach historię Polski widać pośpiech. Szeroko reklamowany film „Kurier” Władysława Pasikowskiego, opowiadający historię Jana Nowaka Jeziorańskiego, wyprodukowany przez Muzeum Powstania Warszawskiego, a finansowany między innymi przez spółkę energetyczną został przyjęty bez entuzjazmu, zbierając niskie oceny w serwisach filmowych. Z jeszcze gorszym odbiorem spotkała się „Historia Roja”, opowieść o żołnierzu Narodowych Sił Zbrojnych, w reżyserii Jerzego Zalewskiego. To tylko niektóre z artystycznych przejawów polityki historycznej, które poniosły klęskę. Źródłem internetowego humoru był także serial TVP, „Korona królów”, który miał opowiadać dzieje Piastów, lecz w efekcie był kiepsko zrealizowaną telenowelą.

 

Jednym z najpoważniejszych skutków prowadzenia owej polityki historycznej przez PiS jest antagonizowanie innych aktorów polityki międzynarodowej, zarówno sąsiadów jak i krajów położonych nieco dalej, to nie tylko Izrael. Polska nie jest już postrzegana jako stabilny partner przez kraje tak zwanej Starej Unii, także przez to, że partia Kaczyńskiego otwarcie demonstruje swój brak poważania dla Wspólnoty Europejskiej i jej polityki. W naturalny sposób negatywnie Polskę obecnie widzą Rosjanie. Nawet Litwini czują się nami rozczarowani, co z kolei odbija się na losie polskiej mniejszości żyjącej w tym kraju. Przyjaźń z Warszawą deklarują w Unii już tylko Węgry Orbana. PiS zdaje się jednak nie zauważać, że ta przyjaźń to niemal jedynie deklaracja, gdyż Budapeszt stara się przede wszystkim dbać o własny interes, i nie podąża ślepo za wojującymi Polakami, często decydując się na polityczny pragmatyzm.

 

PiS nie zdecyduje się jednak na rewizję swojego podejścia, gdyż jest to jeden z filarów, obok polityki socjalnej, na którym oparte są relacje z elektoratem. Wyborcy konsolidują się dookoła narodowej dumy. Tego typu podejście wyciągnęło także z politycznego niebytu radykałów, których ugrupowania rosną dziś w siłę. Rząd często deklaruje poparcie dla inicjatyw takich jak Marsz Niepodległości. Niezależnie od swojej woli, PiS stał się po części zakładnikiem swojej koncepcji, czym buduje sobie rywali, zbierających tę część elektoratu, która poszukiwała czegoś bardziej na prawo. Z tej drogi nie ma już jednak odwrotu.

Jakub Katulski – politolog, kulturoznawca bliskowschodni, nauczyciel języka hebrajskiego. Interesuje się przede wszystkim sprawami Bliskiego Wschodu i jego relacjami z Zachodem. Jest współautorem bloga Stosunkowo Bliski Wschód. Teksty i wywiady publikował m. in w tygodniku Przegląd i na portalu Puls Azji.

 

Powiązane tematycznie

Miller: żadnej taryfy ulgowej w stosunku do Komisji Europejskiej

Homo Politicus

Zarobki europosłów: wynagrodzenie, diety i świadczenie emerytalne

Homo Politicus

Stanowisko marszałka Mieczysława Struka dotyczące kontroli CBA

Homo Politicus

Dodaj komentarz

avatar
400
  Subscribe  
Powiadom o

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania serwisu, aby oferować funkcje społecznościowe, analizować ruch na portalu i prowadzić działania marketingowe. Więcej informacji znajdziesz w polityce prywatności. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Akceptuję Wyjaśnienie