Image default
Redakcja poleca Wersje i kontrowersje

Wycieczka rowerowa autobusem

Sierpniowy piątek, godziny szczytu. W autobusie, którym jadę z Redłowa na Dąbrowę staram się odgonić myśli od kwestii śmierci przez utonięcie w pocie, która wydaje mi się nieuchronna i bliska. Próbuję sobie wyobrazić, jak może wyglądać specjalne miejsce w piekle, które diabły przygotowują tym, co w upale otwierają okna w pojazdach klimatyzowanych, mimo że na każdej szybie jest przecież napisane, by tego nie robić, jeśli chce poczuć na skórze przyjemny dotyk klimatyzacji. W Orłowie dosiada się jeszcze kilkanaście osób, które już zaczęły robić zapasy na wojnę zwaną niehandlową niedzielą. Twarz dociskam, albo raczej dociskają mi, do szyby jak rasowy glonojad, który jeszcze nie wie, że zaraz spotka go kolejna chłosta od życia – kierownica od roweru prosto w żebra…

Jest taki znany, i w sumie mało śmieszny, ale w tej nieśmieszności właśnie wybitny, dowcip: „Dlaczego mały Paweł nie jeździ na rowerze? Bo szprycha przebiła mu płucko”. To ja ja się pytam, dlaczego gdyńscy rowerzyści nie jeżdżą na rowerach, tylko wsadzają swoje jednoślady w autobusy? Hmm…bo szprychy przebiły im mózgi? Oczywiście, że zdarzają się sytuację typu: nagły uraz, zmęczenie albo awaria hamulca, ale po pierwsze, rower ma to do siebie, że można go przywiązać do dowolnego słupa – jemu wręcz wypada stać pod latarnią, a po drugie – ja jednak w autobusach najczęściej widzę podchmielonych chojraków, którzy chcieli wyrzeźbić pośladki, ale udało im się dojechać tylko do najbliższego pubu i poćwiczyć mięśnie piwne, albo wyczynowców od siedmiu boleści, którzy z górki przejechali maraton, ale trasa powrotna – pod górkę – okazała się dla nich drogą krzyżową i odpadli już na pierwszej stacji.

Dwa lata temu Zarząd Transportu Miejskiego w Warszawie przygotował krótki instruktaż przewożenia rowerów komunikacją miejską, który był wyświetlany na ekranach w autobusach, tramwajach i metrze. Film przypominał cyklistom przede wszystkim o tym, że przewóz jednośladu pojazdami miejskimi to PRZYWILEJ, który powinien być wykorzystywany tylko w wyjątkowych okolicznościach (awaria albo załamanie pogody) i poza godzinami szczytu. Podobny mini-podręcznik przydałby się także gdyńskim rowerzystom, podróżującym naszymi autobusami i trolejbusami niskopodłogowymi, bowiem większości z nich brakuje jakiejkolwiek ogłady – zachowują się jak święte krowy, którym miejsce się po prostu należy.

Tymczasem komunikacja miejska służy przecież do przewozu osób – także tych poruszających się na wózkach inwalidzkich lub w wózkach dziecięcych, którym cykliści zwyczajnie zabierają przestrzeń. Co niewiarygodne – w Gdyni wciąż nie wprowadzono prawa, które nakazywałaby rowerzystom opuszczenie autobusu lub tramwaju, gdy pojawia się wózek (dalej obowiązuje prymitywna zasada: „kto pierwszy, ten lepszy”, o czym pisano na portalu „Trójmiasto.pl” . Osoby niepełnosprawne i rodzice z małymi dziećmi muszą liczyć więc na uprzejmość i empatię pasażerów z rowerami, którym tych cech często, niestety, brakuje.

Jednoślady w komunikacji miejskiej to zmora nie tylko pozostałych pasażerów, ale także kierowców. Miasto zaproponowało rozwiązanie kwestii rowerów zajmujących miejsce wózkom w sposób bardziej absurdalny niż przygody Jasia Fasoli. Otóż jeśli do pojazdu będzie chciała wjechać osoba na wózku lub z wózkiem, kierowca jest zobowiązany poprosić cyklistę o opuszczenie pojazdu. To przecież tak, jakby kazać aktorowi schodzić ze sceny i wypraszać z teatru widzów, którzy nie zdołali wyłączyć telefonów albo zmusić księdza do pilnowania szalejących pod ołtarzem dzieci. Jeśli Gdynia dalej tak będzie rozwiązywać problemy, to trzeba będzie zmienić hasło „miasto z morza i marzeń” na „miasto z otchłani absurdu i koszmarów”.

O tej sprawie pisał też redaktor Michał Sielski z Trójmiasto.pl, który ostatnią część swojego artykułu o problemach Gdyni z rowerami w autobusach i trolejbusach zatytułował „Kto zwróci za skasowany bilet?”. Mowa tam o „niemałych kosztach”, na które narażeni są rowerzyści, którzy łaskawie zwalniają miejsca wózkom. Ja wiem, że grosz do grosza, a będzie kokosza, ale czy naprawdę warto kłócić się o trzy złote, gdy po drugiej stronie stoi osoba niepełnosprawna lub rodzic z małym dzieckiem? O ile roszczeniowa postawa tych cyklistów, którym nie w smak byłby bezwzględny obowiązek zwalnia miejsca wózkom nie jest szczególnie zaskakująca, bo współgra przecież z całokształtem ich zachowania, o tyle dziwią pomysły urzędników, którzy zamiast pracować nad poprawą komfortu kierowców i zwykłych pasażerów, zastanawiają się nad możliwością automatycznego przedłużania ważności biletu cyklisty, który zdecydował się zwolnić zajmowane przez siebie miejsce, co wydaje się działaniem jeszcze bardziej wyrachowanym niż bezmyślnym, bo przecież cykliści to całkiem spora grupa wyborcza…

Prezydent Gdyni ma swojego Pełnomocnika ds. Komunikacji rowerowej; w mieście pracuje też Gdyński Urzędnik Rowerowy, których zadaniem jest „uleczenie” gdyńskiej przestrzeni z niedogodności, jakie może ona sprawiać cyklistom. O ile jednak łatanie dziurawych ścieżek czy wydłużanie rowerów szlaków jest działaniem jak najbardziej szlachetnym, o tyle szukanie przysłowiowej dziury w całym, czyli umilanie rowerzystom podróży autobusami i trolejbusami ma już znamiona podatności na rowerowy lobbing.

Któregoś dnia z przerażeniem obserwowałem, jak dwa jadące ze mną rowery przy każdym hamowaniu niemalże wymykały się z rąk swoich właścicielek – dwóch drobnych dziewczyn – a przednie koła raz po raz zaskakiwały innych pasażerów. Nic się wtedy nie stało, no poza tym, że jednej pani pedał rozdarł rajstopy, ale przecież niezabezpieczony rower, w przypadku gwałtownego zatrzymania pojazdu ze względu na swoje gabaryty i ostre krawędzie może wyrządzić komuś krzywdę. Przewożenie transportem publicznym przedmiotów niebezpiecznych jest niezgodne z prawem, a gdyńskie autobusy i trolejbusy nie są dostosowane do takiego transportowania jednośladów, które nikomu by nie zagrażało; jeżdżenie nimi z rowerami jest jak trzymanie palca na spuście naładowanego pistoletu – chwila zapomnienia i krok do tragedii.

Piszę to wszystko jako człowiek, który rowerem przemierza gdyńskie ulice od trzydziestu lat i traktuje swój jednoślad jako OSOBNY ŚRODEK TRANSPORTU, a nie bagaż czy rzecz do istnienia absolutnie niezbędną – jak wózek inwalidzki albo dziecięcy. Dlatego kolegów-cyklistów proszę o rozwagę i niezabieranie rowerów ani do łóżka, ani do autobusu, a Miasto o takie uregulowanie kwestii rowerowej, które nie będzie sprzeczne z literą prawa.

Paweł, Czytelnik

Powiązane tematycznie

Gdynia na Expo Real w Monachium

Redakcja

Półkolonia Gdańsk: SAUR z dywidendą 6,5 mln zł, krocie dla zarządu

Redakcja

Czy sztuczna inteligencja będzie zagrożeniem dla ludzi?

Redakcja

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania serwisu, aby oferować funkcje społecznościowe, analizować ruch na portalu i prowadzić działania marketingowe. Więcej informacji znajdziesz w polityce prywatności. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Akceptuję Wyjaśnienie