Image default
Polityka Wersje i kontrowersje

Wokół afery KNF

Afera KNF, która wybuchła w Polsce 13 listopada, wywołała polityczny wstrząs. I choć sondaże nie pokazały spadku poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości, może się ona na dłuższą metę okazać kłopotliwa dla partii rządzącej.

 

Wybuch afery był dla PiS jak grom z jasnego nieba. Rządzący postanowili dać obywatelom 12 listopada dodatkowy dzień wolny jako prezent na 100 urodziny polskiej niepodległości. 11 listopada 2018 roku w tysiącach wsi, miasteczek i miast, w miejscowościach gminnych, powiatowych i wojewódzkich świętowano wydarzenia sprzed stu lat, które po 123 latach zaborów (przez trzy ościenne imperia) przyniosły Polakom znów własne państwo. Dzień później „Gazeta Wyborcza” opublikowała tekst, po lekturze którego świąteczny nastrój prysnął. Dziennikarze dotarli do zawiadomienia, które kilka dni wcześniej złożył w Prokuraturze Generalnej jeden z najbogatszych Polaków Leszek Czarnecki. Miliarder, właściciel grupy polskich banków oskarżył szefa Komisji Nadzoru Finansowego, regulatora odpowiedzialnego za polski system bankowy, o złożenie mu korupcyjnej propozycji. Kilka miesięcy wcześniej ówczesny szef KNF Marek Chrzanowski zaprosił Czarneckiego do swego gabinetu, włączył urządzenia zagłuszające i w kilkudziesięciominutowej rozmowie przedstawił mu następujący obraz: banki Czarneckiego znajdują się w kiepskiej formie, trwają postępowania naprawcze, niektórzy członkowie KNF uważają, że powinno się przejąć je za złotówkę. Chrzanowski zaproponował, by Czarnecki zatrudnił u siebie w banku poleconego przez siebie prawnika (pracował wcześniej dla zakładów cukierniczych rodziny żony szefa KNF). Sowite wynagrodzenie miałoby być gwarancją, że proces restrukturyzacji banków Czarneckiego przebiegłby poprawnie i w perspektywie trzech lat, kłopoty miliardera by się skończyły. Miliarder twierdzi, że na kartce szef KNF napisał 1%, czyli jeden procent ówczesnej kapitalizacji banku, a więc prawnik miałby w ciągu trzech lat zarobić niemal 10 mln euro.

Chrzanowski miał pecha.

Czarnecki czuł, że spotkanie, na które został zaproszony, nie jest niewinną pogawędką przy kawie, więc zabrał ze sobą aż trzy urządzenia nagrywające. Przeczucie go nie zwiodło, zagłuszarka zakłóciła działanie dwóch, ale rozmowa nagrała się na trzecim urządzeniu, nagranie zaś po kilku miesiącach trafiło do prokuratury oraz do mediów.

Chrzanowski zaprzeczał, że domagał się łapówki, lecz przyznał, że polecił znajomego prawnika do pracy w banku u Czarneckiego. Po kilku godzinach, po tym, jak nagranie trafiło do mediów, złożył rezygnację. Dwa tygodnie później został zatrzymany przez Centralne Biuro Antykorupcyjne, prokuratura postawiła mu zarzut przestępstwa nadużycia uprawnień urzędniczych w celu osiągnięcia korzyści majątkowej wielkich rozmiarów, a sąd zdecydował o tym, że najbliższych kilkadziesiąt dni Chrzanowski spędzi w areszcie.

Pikanterii sprawie dodaje fakt, że Chrzanowski, rocznik 1981, to profesor ekonomii, uczeń i protegowany obecnego prezesa Narodowego Banku Polskiego, Adama Glapińskiego, który polecił go do pracy w KNF i aż do aresztowania, zapewniał, że jego młody współpracownik to wzór patriotyzmu, kompetencji i uczciwości. Glapiński, sam również profesor ekonomii na Warszawskiej SGH, to człowiek, który w polityce jest od niemal trzydziestu lat, na początku lat dziewięćdziesiątych związał się z Jarosławem Kaczyńskim, dwukrotnie w latach dziewięćdziesiątych był ministrem, i – choć potem ich drogi się rozchodziły – do dziś pozostaje wiernym druhem prezesa Prawa i Sprawiedliwości.

Na pierwszy rzut oka sprawa wyglądała dla rządzących beznadziejnie.

Jednak na szczęście dla PiS, w tej historii nic nie jest czarnobiałe, nie ma w niej bohaterów jednoznacznie pozytywnych i tych całkiem złych. Czarnecki nie nadaje się na bezbronną ofiarę rządów PiS. Poważne kłopoty jego banków nie wzięły się z niczego, lecz były konsekwencją ryzykownych decyzji ich menedżerów. Wiosną Czarnecki zmuszony był dokapitalizować swe banki miliardem złotych z własnych pieniędzy, by mogły one należycie funkcjonować. Mimo to w ciągu ostatniego roku wycena jego banków na warszawskiej giełdzie spadła o 80-90 procent.

Partia rządząca przekonywała więc, że biznesmen jest niewiarygodny i wiedząc, że KNF prowadzi kontrolę w jednym z jego banków postanowił użyć taśm, jako narzędzia szantażu. Rzeczywiście doniesienie do prokuratury zostało złożone tuż po tym, jak KNF zdecydował (ale nie ogłosił jeszcze tej decyzji), by wpisać jeden bank Czarneckiego na listę ostrzeżeń. Decyzję ogłoszono już po publikacji nagrania rozmowy. Politycy PiS twierdzili więc, że Czarnecki trzymał nagranie od marca, by użyć go w przypadku, gdy będzie miał kłopoty, bo teraz wyglądało to, że KNF ostrzega przed bankiem miliardera z zemsty za ujawnienie propozycji, którą mu złożył Chrzanowski.

Na nieszczęście dla PiS dziennikarze zaczęli jednak tropić wszystkie sprawy związane z tą aferą. Przy okazji okazało się, że Narodowy Bank Polski polecił do pracy w Banku Światowym syna ministra odpowiedzialnego za kontrolę nad służbami specjalnymi, w banku centralnym zaś pracowała również była żona tego ministra.

I tu pojawia się największe ryzyko dla partii rządzącej.

Szła bowiem do wyborów w 2015 roku obiecując moralną rewolucję w Polsce. W opowieści PiS o Polsce lata rządów Platformy Obywatelskiej to czas korupcji, drenowania budżetu państwa przez grupy wpływu oraz skandali politycznych. Faktem jest, że ujawnienie w 2014 roku podsłuchów z dwóch warszawskich restauracji, w której lubili biesiadować politycy PO, stało się bezpośrednią przyczyną porażki wyborczej partii założonej przez Donalda Tuska. I choć taśmy nie dokumentowały przestępstw, fakt, że np. ministrowie zajadali się na koszt podatnika wykwintnymi potrawami plotkując bezceremonialnie o najważniejszych sprawach w państwie, sprawiły, że wielu Polaków uznało, że Platforma została zdemoralizowana przez ośmioletnie rządy. Na korzyść tezy lansowanej przez PiS przemawiał radykalny wzrost ściągalności podatku VAT po 2015 roku. Prawica przekonywała, że to dlatego, że Platforma pobłażała mafiom vatowskim, wprowadzenie więc kary 25 lat więzienia za wielomilionowe oszustwa podatkowe, uszczelnienie systemu ale też wzrost gospodarczy doprowadziły do tego, że do kasy państwa wpływa teraz rocznie kilkanaście miliardów więcej niż za rządów Platformy.

Jednym ze źródeł legitymizacji rządów PiS jest przekonywanie o moralnej wyższości tej partii nad poprzednikami. PiS przekonuje, że owszem, zdarza się mu popełniać błędy, ale natychmiast wyciąga z nich konsekwencje, zaś poprzednicy tolerowali patologie przez lata. I to właśnie ta moralna wyższość, obok wielkich programów socjalnych, które uruchomiło PiS nadając podmiotowość wielu grupom społecznym, które przez wcześniejsze lata transformacji czuły się wykluczone, były powodami, dla których mimo ostrej krytyki, jaka spotyka PiS w kraju i w Europie, partia Kaczyńskiego wciąż zajmuje pierwsze miejsce w sondażach poparcia politycznego, a opozycję dzieli od niej niemal dziesięciopuntkowa przewaga.

I to dla PiS jest właśnie najpoważniejsze ryzyko wynikające z afery KNF

– wyborcy mogą dojść do wniosku, że rządząca prawica nie różni się wiele od poprzedników. Że miało nie być afer, a są. Miało nie być nepotyzmu i zatrudniania dzięki pomocy partyjnych nominatów krewnych i znajomych, a jest. Niebezpieczeństwo to dostrzegł Jarosław Kaczyński, który podczas wystąpienia na partyjnym spotkaniu na początku grudnia przekonywał wyborców, że największym błędem w politycznej ocenie, jaki można popełnić to zestawiać Platformę z jego PiSem. Przekonywał, że prawdziwe afery, to były za czasów Donalda Tuska, a dziś trwa „Dobra zmiana” – jak brzmiał jeden z wyborczych sloganów PiS z 2015 roku. Jeśli prezes PiS uznał, że trzeba obywatelom powtarzać, że PiS jest moralnie lepsze od PO, to znaczy, że wewnętrzne badania zamawiane przez tę partię musiało pokazać, że dla Polaków przestaje to być aż takie oczywiste. Kaczyński więc przedstawił długi wywód pokazujący, ze nawet jeśli w PiS znajdzie się jakaś czarna owca, zostaje natychmiast rozliczona, zaś poprzednicy mieli bohaterom afer pobłażać. Jego zdaniem nie sposób porównywać PiS do PO również ze względu na skalę tych afer. Pytanie, czy wyborców to przekona.

Tym bardziej, że  afera KNF ujawniła też inną słabość PiS.

Moralna rewolucja, którą obiecał PiS, musiała się bowiem opierać na rewolucji kadrowej. Miejsce złych nominatów poprzedniej ekipy mieli zająć dobrzy nominaci PiS. Ale PiS z kadrami miał i ma poważne kłopoty. Każde potknięcie rządzących podważa zaufanie, że obecne kadry są rzeczywiście jakościowo lepsze. Wszak już po roku rządów PiS wyrzucił ministra skarbu, ponieważ Kaczyńskiemu nie podobały się układy polityczno-bizesowe, które tworzyły. Poważnie partii zaszkodził też skandal z dwudziestopięcioletnim doradcą kontrowersyjnego (odwołanego już zresztą) ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza, którego szef skierował – mimo nieukończenia wyższych studiów – do zasiadania w radach nadzorczych kluczowej spółki zbrojeniowej. Zresztą w spółkach należących do państwa rotacja zarządów jest najwyższa w historii, ponieważ nie tylko wyrzucono osoby powołane za rządów PO, ale kolejne ekipy z PiS przychodzą i odchodzą. Skoro rotacja jest tak duża, to ciężko uznać, że PiS rzeczywiście dysponuje armią kompetentnych ludzi, którzy przeprowadzą moralną rewolucję. Afera KNF może więc uderzyć w poparcie dla PiS w tym bardzo czułym punkcie, jakim jest moralna legitymizacja kadr prawicy do rządzenia i sprawowania najwyższych stanowisk.

Ale to niejedyny problem PiS.

Ostatnie wybory samorządowe pokazały, że poparcie dla PiS jest bardzo duże, ale wygrywać może ta partia wyłącznie dzięki olbrzymiej sympatii mieszkańców prowincji. PiS sromotnie przegrał nie tylko w metropoliach, ale też w większości ze stu największych miast Polski. Największe miasto, w którym PiS udało się wygrać wybory prezydenckie ma 60 tys. mieszkańców. Jednak nie tylko elektorat jest mocno podzielony na wyborców PiS i ich przeciwników. Bardzo głębokie podziały występują również wśród samych wyborców PiS. Ponad połowa sympatyków PiS oczekuje od tej partii radykalnych rozwiązań: oczekuje, że politycy PO trafią za kratki (no bo skoro rządy poprzedników – jak mówią politycy PiS – to były same afery, to dlaczego jeszcze nikt nie siedzi w więzieniu?), że rozprawi się z nieprzychylnymi mediami, że zrobi czystki w sądach i będzie walczyć o godność Polski, choćby za cenę poważnego konfliktu z Berlinem, Brukselą a nawet Waszyngtonem. Ale z drugiej strony jest mniej więcej jedna trzecia czy jedna czwarta wyborców PiS, którzy mają poglądy umiarkowane. I gdy PiS przesadza w radykalizmie, zastanawiają się, czy rzeczywiście popierać tę partię. To z myślą o tych wyborcach PiS wyrzucił z rządu wspomnianego szefa MON Antoniego Macierewicza, to z myślą o nich wycofał się po kilku miesiącach z kontrowersyjnych zmian w ustawie o Instytucie Pamięci Narodowej, które nakazywały prokuraturom ścigać na całym świecie tych, którzy przypisują polskiemu państwu lub całemu narodowi odpowiedzialność za zbrodnie III Rzeszy. Wprowadzenie tych przepisów w styczniu tego roku sprowadziło na rząd poważne załamanie relacji z Izraelem a w konsekwencji i z USA. Również z myślą o tych bardziej umiarkowanych wyborcach PiS wycofał się – po decyzji Trybunału Sprawiedliwości UE – z przepisów, które wysyłały ponad dwudziestu sędziów, w tym I prezesa, Sądu Najwyższego na wcześniejsza emeryturę.

Wyborcy PiS są też dość podzieleni jeśli chodzi na przykład o członkostwo w Unii Europejskiej.

Choć Polacy są bardzo entuzjastycznie nastawieni do Wspólnoty, poparcie to wśród wyborców PiS jest niższe niż średnia w całym społeczeństwie. PiS jest jedyną większą partią polityczną w Polsce, wśród wyborców której jest znaczący odsetek zwolenników wyjścia z UE.

I to może stanowić największe wzywanie dla PiS w kolejnych miesiącach, gdy w Polsce odbędą się wybory do parlamentu europejskiego (wiosna), do Sejmu i Senatu (jesień) oraz prezydenckie (wiosna 2020). Obie te grupy elektoratu mają całkowicie rozbieżne oczekiwania co do PiS. Jak na razie partia Jarosława Kaczyńskiego postanowiła trochę uspokoić sytuacje, wyciszyć emocje, skupić się raczej na rozwoju gospodarczym niż na ideologii.

Do tego dochodzą jeszcze podziały wewnętrzne w obozie prawicy.

Nie jest tajemnicą, że obóz umiarkowany, na którego czele stoi premier Mateusz Morawiecki, ma wewnętrzną opozycję w postaci obozu radykalnego kierowanego przez ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego w jednej osobie czyli Zbigniewa Ziobrę. Kontrowersyjną ustawę o IPN napisano właśnie w ministerstwie sprawiedliwości, prokuratura zaś, co jakiś czas ściąga na PiS kłopoty, gdy np. ściga dziennikarzy krytycznych wobec PiS mediów, albo dokonuje spektakularnych zatrzymań osób z poprzedniej ekipy, by przesłuchaniu ich, po kilkudziesięciu godzinach, wypuścić – tak było na początku grudnia, gdy służby z całą surowością zatrzymały o świcie kilku członków Komisji Nadzoru Finansowego – by postawić im zarzut niedopełnienia obowiązków – a następnie wypuszczono ich do domu. Duża część opinii publicznej odebrała to jako próbę „przykrycia” ostatniej afery KNF. I trudno uznać, że tego typu działania będą się podobały wyborcom bardziej umiarkowanym. A jak powiedział jeden z doradców Jarosława Kaczyńskiego bez wyborców radykalnych PiS nie może przetrwać, bo to oni są postawą poparcia dla tej partii. Ale bez wyborców umiarkowanych, PiS nie może wygrywać wyborów, bo to właśnie umiarkowane centrum pozwala Jarosławowi Kaczyńskiemu wyprzedzać konkurentów.

Ale mimo tej sytuacji, PiS może patrzeć na przyszły rok z nadzieją.

Głównie za sprawą słabości opozycji, która po tym, jak zjednoczona osiągnęła niezły wynik w wyborach samorządowych, znów zaczęła się dzielić. Dziś PiS może przegrać wyłącznie sam ze sobą – jeśli wybuchną kolejne afery, a wyborcy uznają, że ta partia aż tak wiele nie różni się pod tym względem od poprzedników. Tyle że może to utorować drogę do władzy nie tyle liberalnej opozycji, co antyestablishmentowym partiom protestu. Ale to już zupełnie inny temat.

dziennikarz i publicysta, zastępcą redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”.

Powiązane tematycznie

Gowin: liczba nowych doktorantów spadnie

Redakcja

Francuzi decydują o nowym układzie sił w Parlamencie Europejskim

Redakcja

Skoro jest tak źle, to dlaczego jest tak dobrze?

Redakcja

Dodaj komentarz

avatar
400
  Subscribe  
Powiadom o

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania serwisu, aby oferować funkcje społecznościowe, analizować ruch na portalu i prowadzić działania marketingowe. Więcej informacji znajdziesz w polityce prywatności. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Akceptuję Wyjaśnienie