Polityka Wersje i kontrowersje

Wiosna w polskiej polityce

Wikimedia Commons

Kończy się czas absolutnej hegemonii PiS w polskiej polityce. Po raz pierwszy od trzech lat widoki na zakończenie populistycznego eksperymentu nad Wisłą naprawdę są poważne. Ale nasilająca się rywalizacja po stronie opozycji nie sprzyja temu celowi.

 

1. 

Prawo i Sprawiedliwość utraciło zdolność definiowania ram sporu politycznego oraz narzucania tematów w debacie publicznej. Od niemal roku funkcjonuje w trybie komunikacji kryzysowej. Zmieniają się tylko źródła kolejnych kryzysów. Najpierw była to dyplomatyczna awantura wywołana fatalną ustawą penalizującą określenie „polskie obozy śmierci”. Następnie przegrany spór z Komisją Europejską o tzw. reformę Sądu Najwyższego. Wreszcie rozbudzone widmo „polexitu”, gdy minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wnioskował o zbadanie zgodności Traktatu Europejskiego z polską konstytucją.

Wybory samorządowe potwierdziły, że okres absolutnej dominacji PiS na scenie politycznej dobiega końca. Zdolności mobilizacji elektoratów obozu rządzącego i opozycji okazały się porównywalne. A był to dopiero początek problemów PiS. Niedługo po wyborach wyciekło nagranie, na którym szef Komisji Nadzoru Finansowego składa znanemu bankierowi korupcyjną ofertę. Chwilę później wybuchła afera w Narodowym Banku Polskim, którego prezes Adam Glapiński (od lat polityczny towarzysz Jarosława Kaczyńskiego) zatrudniał asystentki o wątpliwych kwalifikacjach, za to na lukratywnych finansowo warunkach.

Wreszcie ugodzony został sam Kaczyński. Ujawnione przez „Gazetę Wyborczą” nagrania odsłoniły biznesowe negocjacje z jego udziałem. Reprezentował w nich prywatną spółkę, która od dawna uchodzi za nieformalne zaplecze finansowe PiS. Jakby tego było mało, najważniejszy polityk w Polsce próbował wymigać się od zapłacenia faktur za już wykonane prace przy – ostatecznie zarzuconej – inwestycji budowy monumentalnego wieżowca w stolicy. Którą to inwestycję wedle planów miał kredytować państwowy bank.

Dopełnieniem problemów obozu władzy była śmierć zamordowanego prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Przede wszystkim w wymiarze symbolicznym, gdyż zogniskowała uwagę opinii publicznej na nienawistnym klimacie przenikającym życie polityczne w Polsce pod rządami PiS. Przy okazji powrócił temat upartyjnionych do szpiku kości mediów publicznych, zestrojonych z propagandą władzy i organizujących nagonki na polityków opozycji (czego szczególnie doświadczył przed śmiercią Adamowicz).

Żadna z tych spraw nie wywołała radykalnej erozji poparcia dla PiS. Ułożyły się jednak w trudną dla rządzących sekwencję. Od miesięcy głównie się tłumaczą, pociągają do odpowiedzialności własnych nominatów, angażują wymiar sprawiedliwości. W efekcie rządowi Mateusza Morawieckiego nie udaje się sformułować pozytywnego przekazu, niezbędnego w roku podwójnych wyborów. Inna sprawa, że pogarszająca się koniunktura ekonomiczna i tak wyklucza spektakularne transfery socjalne, które do tej pory w największym stopniu poszerzały bazę wyborczą PiS.

2.

A zatem wydawałoby się, że to idealny moment dla opozycji na odzyskanie inicjatywy. Ale tak się nie stało, sytuacja po tej stronie sceny wydaje się jeszcze bardziej zagmatwana i niestabilna. Choć do wyborów europejskich pozostały raptem trzy miesiące, niełatwo przewidzieć scenariusze na ten czas.

Przede wszystkim za sprawą fermentu, jaki wywołał Robert Biedroń wchodząc na scenę polityczną pod osobliwym szyldem partii Wiosna. Wystawna konwencja założycielska okazała się sporym wydarzeniem politycznym. Pierwsze sondaże dały formacji Biedronia 14-16 procent poparcia i status trzeciej siły w Polsce.

Czym jest Wiosna?

Inicjatywą polityczną wyraźnie wzorowaną na ruchu „En Marche!” Emmanuela Macrona. O niejednoznacznym profilu, skompilowanym z rozmaitych wrażliwości. Dominują obyczajowe postulaty lewicy, ekologia idzie pod rękę z hasłami świeckości państwa i kontrolowanym antyklerykalizmem, ekonomiczny liberalizm wcale nie koliduje ze społeczną wrażliwością. A wszystko to pomaga skleić gruba zaprawa politycznego marketingu i nienachalnej demagogii. No i, rzecz najważniejsza, osobowość lidera. Energicznego, niezmiennie pogodnego, umiejącego kreować pozytywne emocje.

Biedroń programowo zresztą unika jednoznacznych identyfikacji. Swoje komunikaty adresuje jednocześnie do liberalnej klasy średniej, młodych prekariuszy z wielkich miast, mieszkańców zaniedbanej prowincji. Wiosny nie sposób więc opisać na tradycyjnych wymiarach ideowo-politycznych, można to uczynić wyłącznie kontekstowo. Osią narracyjną nowego projektu jest hasło unieważnienia dotychczasowego podziału politycznego. Przedstawianego jako zmurszały, nie odpowiadający realnym nastrojom społecznym. Toczące od niemal półtorej dekady tę samą wojnę PO i PiS odgrywają tu rolę formacji „jesiennych”, ponurych, dochodzących do kresu. Dopiero na takim tle może się bowiem objawić zieleń Wiosny, jej młodość i witalność.

Taka kreacja ma swoje dobre i złe strony. Wizerunkowa atrakcyjność formacji Biedronia jest bezsporna. Nawet jeśli większość postulatów ruchu znaleźć można w programach innych partii, w kostiumie „wiosennym” sprawiają wrażenie nowej oferty. Istotniejsze jest jednak pytanie, czy Biedroń odpowiada na realne zapotrzebowanie społeczne, czy też dopiero próbuje je wykreować. Bez wątpienia znużeniu konfliktem PO z PiS ulega spory odłam opiniotwórczych elit (zwłaszcza lewicowych), znacznie trudniej jednak zdiagnozować tę emocję wśród wyborców. Owszem, psioczenie na jakość elit ma w Polsce długą tradycję. Ale najczęściej jest to przejaw postawy antypolitycznej, stanowiąc uzasadnienie bądź alibi dla braku realnego zainteresowania życiem publicznym, co w konsekwencji prowadzi do absencji wyborczej. I jak dotąd żadnej sile politycznej, choć takie próby nieraz w przeszłości podejmowano, nie udało się w zauważalny sposób zaktywizować tych niegłosujących obywateli.

Czego zresztą sam Biedroń raczej jest świadom, skoro uczynił poważny wyłom w swym przekazie. Zapowiadając przyszłe rozliczenie głównych funkcjonariuszy PiS za łamanie konstytucji, siłą rzeczy wpisał się w centralny konflikt polityczny. Choć zarazem go kontestuje i obiecuje pojednanie, szeroką współpracę na nowym gruncie. Skąd taka sprzeczność? Mimo wszystko Biedroniowi zależało na legitymizacji nowej siły w już zmobilizowanym i świadomym elektoracie antypisowskim. Na wypadek, gdyby nie udało się poszerzyć zaplecza wyborczego opozycji przyciągnięciem nowych wyborców (ewentualnie odbić części elektoratu PiS).  Wówczas pozostanie Wiośnie przede wszystkim walka z Platformą Obywatelską o ten sam liberalny elektorat.

Ale przy takim obrocie spraw, gdy już minie pozytywny efekt nowości, główne zalety Biedronia – owa świeżość, młodzieńcza energia – mogą stać się obciążeniami. Nie można wykluczyć, że nagle okaże się figurą płochą, niedojrzałą, z deficytem powagi – zwłaszcza w perspektywie kluczowego wyborczego starcia, rozstrzygającego o „być albo nie być” polskiej demokracji. Co więcej, realniejszy stanie się wówczas zarzut dzielenia opozycji. Co w polskim systemie wyborczym (czyli ordynacji według D’Hondta z przewagą średnich okręgów wyborczych) musi skutkować nadwyżką mandatów dla PiS.

Obciążeniem Wiosny jest również niejasność co do źródeł finansowania. Ponieważ jeszcze nie dysponuje subwencjami budżetowymi, dotychczasowy rozmach projektu już zdążył stać się przedmiotem rozlicznych kuluarowych spekulacji, przeważnie powtarzanych w atmosferze niezdrowej sensacji. Nie brakuje też teorii spiskowych. Tymczasem organizatorzy przedsięwzięcia zapowiadają, że uchylą rąbka tajemnicy dopiero w rozliczeniu na koniec roku.

Majowe wybory do Parlamentu Europejskiego będą testem nowego ruchu. Jeśli formacji Biedronia uda się zdobyć kilkanaście procent głosów, zapewne utrzyma suwerenny kurs do jesiennych wyborów do Sejmu i Senatu. W razie niepowodzenia raczej nie będzie miała innego wyjścia, jak szukać porozumień z innymi podmiotami opozycji.

3.

Przed nadejściem Wiosny scenariusze dla liberalnego centrum wydawały się dosyć klarowne. Pierwotna intuicja znalazła wreszcie potwierdzenie w badaniach opinii publicznych. Wynikało z nich, że jedynie wspólna lista wyborcza całej opozycji jest w stanie pokonać PiS. Mimo to rozmowy o współpracy idą jak po grudzie.

Najwięcej zależy od Platformy Obywatelskiej. Partia Grzegorza Schetyny znajduje się w szczególnym położeniu. Jest za słaba, aby samodzielnie wygrać z PiS. Ale i za silna, aby na partnerskich warunkach porozumieć się z pozostałymi ugrupowaniami. Od miesięcy toczy więc podwójną grę. Publicznie zaprasza słabszych partnerów do przyszłej wielkiej koalicji, prowadząc zarazem działania zmierzające do ich dalszej marginalizacji. Spektakularnym tego przejawem było pod koniec ubiegłego roku przyjęcie w szeregi PO rozłamowców z bliskiej ideowo, dotąd sojuszniczej Nowoczesnej. Co doprowadziło do rozpadu przetestowanej w wyborach samorządowych koalicji obu tych ugrupowań.

Ostatnio ofiarą zakulisowej rozgrywki Schetyny padł Sojusz Lewicy Demokratycznej. Przed laty jeden z hegemonów polskiej polityki, dziś ugrupowanie pozaparlamentarne, ale ze zdolnością samodzielnego przebicia się przez próg wyborczego. Po krótkim okresie wahań SLD obrało kurs na szerokie listy opozycji (mając jako alternatywę stworzenie bloku lewicowego z Partią Razem, Zielonymi i innymi niewielkimi ugrupowaniami). Pomysłem Sojuszu na zaznaczenie swej obecności w ramach wspólnego bloku było odwołanie do dawnej świetności i wystawienie w wyborach europejskich trzech byłych premierów z SLD (dziś luźno związanych z partią): Włodzimierza Cimoszewicza, Leszka Millera i Marka Belki.

Przy okazji trzeźwo kalkulujące kierownictwo partii nalegało na Platformę, aby od razu określić trwałe ramy współpracy – zarówno w wyborach europejskich, jak i krajowych. Bo raz już wchodząc do koalicji, trudno byłoby ją potem opuścić. A nie mając spisanego z góry kontraktu, słabszy partner nie miałby żadnych atutów przy negocjowaniu kształtu list do parlamentu krajowego.

Schetyna jednak odmówił. A następnie z premedytacją pozbawił szefa SLD Włodzimierza Czarzastego jego głównych personalnych atutów, osobiście zapraszając na listy wyborcze Cimoszewicza, Millera i Belkę. Nowy projekt został przedstawiony jako Koalicja Europejska, choć w istocie jest to po prostu Platforma z gościnnym udziałem kilku dawnych premierów i ministrów spraw zagranicznych. Problem w tym, że są to głównie nazwiska symboliczne dla elektoratu SLD. Czarzasty nie ma więc manewru i musi dołączyć do koalicji bez żadnych warunków wstępnych.

Również szefowi Polskiego Stronnictwa Ludowego Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi nie udało się skłonić Schetyny do wynegocjowania długofalowego kontraktu. Co akurat było niezbędnym warunkiem podtrzymania współpracy obu partii. Bo choć PO i PSL mają za sobą dwie kadencje wspólnego rządzenia, zawsze łączyła ich przede wszystkim wspólnota interesu. Na gruncie ideowym niewiele bowiem łączy wielkomiejską i liberalną Platformę z osadzonymi na prowincji, konserwatywnymi ludowcami.

Nic więc dziwnego, że aparat PSL naciskał na Kosiniaka-Kamysza, aby zakończył jałowy dialog z PO i szykował partię do samodzielnego startu. Ewentualnie w ramach alternatywnej, choć egzotycznej koalicji z upadającą Nowoczesną (jeszcze bardziej liberalną i progresywną obyczajowo, niż PO) i kilkoma innymi kanapowymi ugrupowaniami. Choć szef ludowców nadal jeszcze szuka sposobu na odnowienie współpracy z Platformą.

Nie można więc wykluczyć kolejnych zwrotów akcji, choć serial o jednoczeniu opozycji jest coraz bardziej niestrawny dla wyborców. Zwłaszcza, że prezentacja programowa PO jest nieustannie odwlekana. Dziś najbardziej prawdopodobny wydaje się jednak scenariusz rywalizacji w wyborach europejskich kilku list opozycyjnych. Czyli pozorującej szeroką koalicję Platformy, Wiosny, ludowców oraz bloku pozaparlamentarnych formacji lewicowych. Co oznaczać będzie podtrzymanie zwycięskiej passy PiS. I nawet jeśli przed decydującą walką o większość w krajowym parlamencie odpowiedzialność wreszcie zacznie brać górę nad partykularyzmami, deficyt wzajemnego zaufania pozostanie ogromnym problemem.

4.

Co z kolei zwiększa prawdopodobieństwo interwencji Donalda Tuska. Jeszcze w listopadzie ubiegłego roku szef Rady Europejskiej enigmatycznie zapowiadał powołanie obywatelskiego komitetu na obchody święta 3 maja (rocznicy uchwalenia historycznej polskiej konstytucji). Ostatnie medialne doniesienia zapowiadały istotną modyfikację, teraz mówi się o komitecie 4 czerwca. A więc już po wyborach europejskich.

Tego dnia odbędą się obchody 30. rocznicy wyborów z 1989 roku. To kluczowa data w symbolicznym kalendarzu opozycji, wielkie święto obrońców liberalnego ładu III RP. Wszystkie drogi prowadzić będą do Gdańska. Czyli kolebki solidarnościowej rewolucji, a od niedawna również wykonawcy „testamentu Pawła Adamowicza”. Przy okazji – rodzinnego miasta Donalda Tuska. Tutaj odbędą się nieoficjalne, bo bez ceremoniału państwowego, choć w istocie centralne obchody czerwcowego święta. Z potencjałem na wielką obywatelską mobilizację.

To idealna okazja, aby odnowić wymiar wspólnotowy praworządnej oraz proeuropejskiej Polski. I zarazem zbudować nowy kontekst polityczny, wreszcie neutralizujący partykularne interesy oraz wymuszający na opornych partyjnych liderach efektywną współpracę.

Rafał Kalukin jest publicystą politycznym tygodnika „Polityka”.

Powiązane tematycznie

SLD składa zawiadomienie do prokuratury ws. wiceministra Piebiaka

Homo Politicus

Episkopat apeluje do rodziców o czujność

Redakcja

MINĄŁ LIPIEC 2019. Krótkie komentarze do wybranych wydarzeń tego miesiąca.

Janusz Beński

Dodaj komentarz

avatar
400
  Subscribe  
Powiadom o

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania serwisu, aby oferować funkcje społecznościowe, analizować ruch na portalu i prowadzić działania marketingowe. Więcej informacji znajdziesz w polityce prywatności. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Akceptuję Wyjaśnienie