Image default
Kultura Recenzje

Ten cały po „Potopie” Salci H(h)ałas

Zbigniew Radosław Szymański jak zawsze bardzo osobiście. Tym razem o najnowszej książce gdyńskiej laureatki Nagrody Literackiej Gdynia.

Jeżeli z historią nie da się żyć, a bez niej nie wypada, bo to sieroctwo jakieś; jeżeli z życiem nie da się żyć, bo każde życie to przecież jakaś historia, nawet jeśli tylko science- fiction, to trzeba stworzyć sobie tego życia i historii wersję alternatywną, literacki ekwiwalent.

Gdańsk w utworach związanych z nim literatów bywał już grodem odwiecznie piastowskim, radośnie zakłamywanym przez odurzonych jego odbudową poetów Franciszka Fenikowskiego i Zbigniewa Szymańskiego, za co słusznie zostali skarceni przez nieznającego realiów tamtych dni poetę o dwa pokolenia młodszego, Artura Nowaczewskiego w jego ambitnej, chociaż skorej do nadmiernych uproszczeń, książce „Trzy miasta, trzy pokolenia”.

Później, twórcy o pokolenie młodsi, spod tej cepeliowskiej pozłoty próbowali wydobyć hybrydę polsko–niemiecką, z przewagą u jednych autorów żywiołu polskiego, u innych teutońskiej buty spod znaku: „Gott mit uns”.

Dzisiaj ta próba ukorzenienia na doszczętnie przeoranym przez sowieckie czołgi gruncie własnej tożsamości, która zaowocowała utworami Stefana Chwina i Pawła Huellego, prozaików „korzennych”, doczekała się siewców o kolejne pokolenie młodszych, którzy nijakość swoich losów kształtowanych filozofią „bierzta co chceta”, losów zabetonowanych na ugorach wielkiej płyty Zaspy czy Przymorza, starają się wydobyć z anonimowości.

Drogi dla tej nowej, dzielnicowej literatury przetarła Barbara Piórkowska swoją „Szklanką a pająki” (dobrze, że akurat przypominanej po latach pobytu w niesłusznym czyśćcu zapomnienia), czy też Salcia Hałas swoją debiutancką „Pieczenią dla Amfy”, nagrodzoną Nagrodą Literacką Gdynia.

Przyznaję, że tej książce nie sprostałem. Raził mnie jej język, wydumany, pełen wulgaryzmów i silenia się na oryginalność. Zniechęcały też psychologizmy jakby żywcem wyjęte z kolorowych, kobiecych pisemek i miałkość przedstawianych problemów.

Ale to było moje prywatne zdanie, zdanie osoby nieobiektywnej, bo i jak być obiektywnym w czasie, gdy wali się świat, 200 gramów wódki przestaje mieć 40 procent, dewaluuje się do 36, a nawet finalnie do 30%. Teraz, po lekturze najnowszej książki Salci Halas, z pewnością do jej debiutanckiej wrócę.

Śpiewa Janusz Pierzak: „Na ulicy Sztormowej” od 1:28 

Tę najnowszą, „Potop”, mam przed sobą jeszcze ciepłą, prosto z drukarni. To również literatura dzielnicowa, ale już prawdziwie gdyńska, z nie do końca jeszcze zabetonowanej jej części, czyli ze Wzgórza Orlicz–Dreszera. Miejsca zwanego od czasów pierwszych osadników budujących miasto „Pekinem”.

Hałas podjęła się zadania, z którym próbowało zmierzyć się już kilku gdyńskich twórców. Co ma w sobie takiego Grabówek (bo to częścią tej dzielnicy jest Pekin), że przyciąga uwagę poetów?

Próbował oddać ducha tego miejsca Jerzy Stachura, ale zagubił się na ścieżce do baru „Baryła”. Janusz Pierzak stworzył tekturową atrapę tego miejsca, nawet miłą dla oka i ucha w postaci ulicy Sztormowej.

Najbliższa realiom Grabówkowym była chyba Jolanta Kmieć–Sabura, ale kto dzisiaj słucha poetów, którzy nie paradują w koszulkach z napisem „Konstytucja” i nie udzielają jedynie słusznych rad rządowi?

Czy wyrzucą ich z domów? Walka właścicieli gruntów z lokatorami (UWAGA! TVN) Jeżeli masz problem z „odpaleniem” filmu, kliknij tutaj.

Czym jest ta książka? Jak pisze sama autorka we wstępie „To nie poezja, to proza./To tylko tak wygląda, jak wiersz zapisane”. I tym wyznaniem zaciekawiła mnie, bo dotychczas narzekałem, że prozaicy z lenistwa układają swoją prozę w strofy imitujące wiersz, wierząc, że poezji więcej wolno, więcej można przemycić w niej myśli niesprawdzonych i trudnych do weryfikacji przez swój ezoteryzm.

Po raz pierwszy spotykam się z prozą, która przyjmując formę poezji jednocześnie zarzeka się, że poezją nie jest (no może trochę przesadziłem, bo sam niedawno pisałem o „Samotni Aleksandra Jurewicza,która mimo zapewnień autora jest poezją). Recenzja „Samotni” tutaj.

To czym właściwie jest „Potop”? Pomijając kwestię, czy to proza, czy poezja, zgodzić się chyba możemy, że jest to poemat.

Wielu twierdzi, że to taki realizm magiczny wzorowany jeszcze na Marquezie i jego „Stu latach samotności”, ale ja, zgadzając się z autorką, że Gdynia to miejsce magiczne, nie zauważam niczego magicznego w przedstawionym przez autorkę obrazie.

Sądzę raczej, że opis miejsca magicznego sam w sobie magicznym być nie powinien. Do przedstawienia tragizmu losów mieszkańców Wzgórza Orlicza–Dreszera, zmierzenia się z ich krzywdą (fakt – nie wyjątkową, ale bardzo polską) potrzebny byłby język i styl Szczepana Twardocha, jego posępny weryzm.

Być może metaforyzacja losów indywidualnych pióra Eustachego Rylskiego, czy też Włodzimierza Odojewskiego. To w prozie. W poezji mamy doskonały przykład języka, jakim można krzywdę indywidualną zuniwersalizować w bardzo gdyńskim tomiku wierszy Jana Polkowskiego pt. „Głosy”.

Realizm magiczny natomiast odnajduję w prozie Adama Kamińskiego, autora również gdyńskiej książki „Kapłanka”.

„Rzecz dzieje się w języku” pisze o poemacie Salci Hałas Joanna Bator. Tego, przyznam, nie rozumiem. Ja żadnych gier językowych, czy szczególnego pietyzmu, by język odpowiadał przedstawionym realiom, nie widzę.

Chociaż wszystko można takim zgrabnym zdaniem podsumować, jako, że słowo było pierwsze i zanim pojawiły się te trzy, nazwijmy je umownie grabówkowe wiedźmy, istniał już dobrze wykształcony język. I one, te wiedźmy, takim właśnie codziennym językiem się posługują, a nie jest to język ludzi prostych, bo na swój sposób trzy główne bohaterki są osobami wykształconymi.

Ja nie zauważam tutaj stylizacji na język gminu, czy też lokalny folklor. To język naszego dnia codziennego, z jego błędami, o których każdy wie, ale się ich nie wstydzi – np: „do Niemczech” zamiast poprawnie „do Niemiec”. W tym wypadku, myślę, słuch autorkę zawiódł, bo na Grabówku raczej mówi się „Jadę do pracy do Raichu”, a nie „do Niemczech”.

Na szczęście autorka ustrzegła się wszelkiej stylizacji językowej, udziwnień w języku kaszubskim, naśladownictwa bogatego języka meneli.

OBSERWATOR PEKIN Jeżeli masz problem z „odpaleniem” filmu, kliknij tutaj.

Język „Potopu” jest prosty i nieskomplikowany jak i sam potop, dopust niezbyt wyrafinowanej fantazji Stwórcy. Nie jest też specjalnie zmetaforyzowanym opisem miejsca i postaci.

Momentami, gdy czytałem tę książkę, zapominałem, że nie siedzę przed telewizorem i nie oglądam sprawozdań z przesłuchań przed Sejmową Komisją d.s. Reprywatyzacji Warszawskich Kamienic, tak podobny wydawał się być język pokrzywdzonych, zeznających przed komisją osób do głosu bohaterów książki Salci Hałas.

Codziennością bohaterów tej książki jest: „Polka galopka reprywatyzacja./Wyroki, procesy, eksmisje” a i samosądy, mógłbym tu dodać od siebie, bo i takie może zaobserwować wnikliwy obserwator.

Zasługą autorki jest to, że tę galopkę potrafiła na chwilę zatrzymać, zgrabnie wkomponować w realia gdyńskie, umiejscowić czasoprzestrzennie, zindywidualizować to, co niestety nie jest w Polsce losem jednostkowym, a o czym przekonują przekazy medialne.

Ten poemat to nie upoetyczniona fantazja, ale rzetelne sprawozdanie autorki, która to miejsce, tych ludzi, te problemy potrafi współodczuwać i tym współodczuwaniem zarazić czytelnika. A o tym, że życie Pekinu, życie ludzi prostych, nie żadnych telewizyjnych celebrytów, zgodne z zegarem biologicznym, wypełnione codziennymi rytuałami, może być poezją, jestem głęboko przekonany, samemu żyjąc w budynkach socjalnych Górnego Oksywia.

Niemitycznym jest też, niestety, ów próbujący utopić mieszkańców Wzgórza Orlicz–Dreszera w błocie „Pośrednik” z pomocnikami, którzy: „Mercedesem czarnym podjechali z wieczora./Mercedesem okularnikiem, złowrogim jak kobra”, i niemityczny, chowający głowę nie w błoto, a bardziej może w piasek gdyńskiej plaży, magistrat.

Salcia Halas przeniosła w wyższy, literacki wymiar to, co powinno być zadaniem dla dziennikarstwa śledczego. Stworzyła nowy gatunek literacki: śledczą poezję faktu.

Czy przysporzy jej to chwały wśród decydentów odpowiadających za kształt życia kulturalnego? Czy potrafią się oni wznieść ponad nieco tym poematem naruszone ich własne ego? Śmiem wątpić. Książka tak bardzo gdyńska, a jednocześnie tak uniwersalna, jest dla rządzących miastem bardziej niewygodna, burząc wizerunek Gdyni, miasta przyjaznego mieszkańcom, niż wszelkie dziennikarskie elaboraty. Ale nie po to jest sztuka, by tworzyć laurki dla władzy.

O gdyńskich „czyścicielach kamienic” można by bez końca. Sam bym mógł co nieco napisać, gdybym miał talent i nie był człowiekiem leniwym, bom ja jak ci „ludzie leniwe na świecie, co tylko piją”. Do tego, by snuć taką ponurą opowieść i nie przerazić zanadto (trochę trzeba) czytelników, potrzeba poetyckiego wdzięku Salci Hałas.

Niemityczny „Pośrednik” tak u Salci przemawia: „Dzieci pod pachę brać i wypierdalać./A gdzie?/ A chuja nas to, gdzie!/ Chuja nas”.

I to jest jedyny język, którym można to opowiedzieć. Próba ucywilizowania tej wypowiedzi, opis sytuacji językiem inteligenckich komunałów byłby nie na miejscu.

Salcia potrafi czerpać z języka to wszystko, co najlepiej odpowiada rzeczywistości. Dlatego nazywa to prozą, chociaż jest poezją, ale poezja, ta współczesna, nauczyła nas, że potrafi już tylko wulgarnie kłamać. Prawdy przy użyciu tzw. „wyrazów” wyrazić nie potrafi, bo prawdę trzeba nosić w sobie, a poeci noszą w sobie już tylko pustkę.

Dobrze, że czasami jeszcze przynajmniej metafizyczną, inaczej literatura byłaby czarną dziurą rozpaczy.

„Dużo ludzi ma problemy z reprywatyzacją./Przykładowo w samej Warszawie ile tego jest./Jest chaos.” – pisze autorka, a gdzie jest chaos tam i początek, bo na początku był chaos. A „Początek Jest Końcem/a czas to wąż, który gryzie się w ogon”, bo „Świat ma wbudowany w siebie mechanizm samodestrukcji./Część świata dąży ku pierwotnemu nieistnieniu”.

Jerzy Stachura w Baryłce na Grabówku Jeżeli masz problem z „odpaleniem” filmu, kliknij tutaj.

I tak to opowieść, którą rozpoczyna wypadek jednej z wiedźm, pogrążonej w depresji Zosi, kończy również jej wypadek: „Ale babka Szwajcerowa mówi,/że początek jest końcem/a zdarzenia mają charakter kolisty”, więc to wstęp zaledwie do wydarzeń, które przepowiedziała Halina Pigułowa:

„Urodziły się już wilcze szczenięta, które zjedzą Słońce i Księżyc./Zdarzenie obudzi Bestię co z głębin wynidzie./Ale zanim to wszystko się stanie, Śniący muszą wyśnić swoje sny”. Przepowiednia, przyznaję, apokaliptyczna, ale autorka nie zamierza nas straszyć.

Już w tym fragmencie widzimy jak robi do nas oko, bo my; „Śniący” wyśnić swoich snów do końca nie potrafimy. W tych ponurych przepowiedniach odnaleźć można elementy ironii i pogodnej fantazji, którą: „Kto ma uszy, ten posłyszy,/jak mówi babka Szwajcerowa/i święty Jan Eklezjasta”.

Gdy czytam „Potop” mam wrażenie, że niewiele brakuje, by ten lekko tylko zarysowany między wierszami dowcip przybrał miarę Hrabalowską, co może wydawać się niestosowne, ale czy wszelkie nieszczęścia bez tej odrobiny humoru nie byłyby trudniejsze do zniesienia: „To dobrze, że niektóre nieszczęścia są śmieszne/dobrze się śmiać z nieszczęścia, bo śmiech pomaga”.

„Trzy są Te, Które wiedzą” pisze Hałas. Narratorką jest Halina Pigułowa: „Pani Halina opowiada, a Pekin zapada się pod ziemię/ jak zeszłoroczna nawłoć/wprost w czarną ciemność.” Ta wszędobylska nawłoć, którą Julian Tuwim próbował uwznioślić, czyniąc bardziej jego zdaniem poetycką mimozą: „Mimozami jesień się zaczyna”, Salcia Hałas, nie tylko pisarka, ale i ogrodniczka, czyni symboliczną metaforą naszego przemijania. Pani Halina jest więc główną narratorką, mimo, że to „Babka Szwajcerowa/jest w tej opowieści czarownicą.[…]Pierwszą, która wie”. Babka zajmuje się głównie wróżeniem, przepowiadaniem, i zielarstwem. To jej, wiedźmy, zajęcie, a dla pieniędzy, sprzątanie: „Sprzątanie jest jak Bóg, bo ma charakter transcendentny./ Co oznacza,że nie ma początku ani końca.” Wie też Halina Pigułowa. A skąd wie? „Z patrzenia przez okno./Z bezpośredniego wpatrywania się wprost w rzeczy same”. „Trzecią, Która Wie jest Zośka Nadzieja[…]Jest też Tą, Która Obwieszcza.”. Nie, nie to, co przepowiada Halina, czy babka Szwajcerowa, ale wykleja obwieszczeniami o promocjach przymarketowe billboardy, skrapiając je łzami, bo płacz to jej nieustanne zajęcie.

Poemat Salci Hałas to hiperbola i metafora losów mieszkańców dzielnicy, która: „Cały nasz Pekin jest przeznaczony do rewitalizacji/poprzez likwidację”.

Ta „rewitalizacja” przypomina trochę los dzików, których zdrową populację postanowiono wystrzelać, by nie zaraziła się od chorych sztuk. Działania likwidatora, zwanego „Pośrednikiem”, doprowadzają do szeregu wypadków: zapadania się ziemi, a z nią całych budynków, drzew, zwierząt. Nagłego wytrysku wód z uszkodzonych czerpakiem koparki rur wodociągowych, tworzących podziemne i naziemne rzeki, niszczące okoliczną przyrodę: „Kopru już nawet nie sieję./Bo nie ma po co./Kiedyś zawsze siałam koper, żeby na świeżo do zupy był[…]Kiedyś z każdej paczki nasion, wschodziło kopru po kolana,/a jeszcze sam się rozsiewał./Można się było tarzać w koprze./A teraz co?/Pięć cieniutkich nitek wyjdzie i nie rosną,/tylko gną się ku ziemi”.

Zapada się ziemia, a z nią i ludzie, jak Zosia Nadzieja, wokół której zapłakanych losów depresantki, losów kolistych, bo od osunięcia się ziemi, co niemal doprowadziło do jej zagłady, do tego samego zdarzenia, którym kończy się ta miejscami wpadająca w ton moralizatorski opowieść, uwaga trzech pozostałych bohaterek skupiona jest na tym, jak pomóc tej tragicznie zaplątanej postaci: „Za-pa-da-my się./Jak zeszłoroczne nawłocie…”. Próbuje też pomóc sobie sama: „Mówią: szukajcie a znajdziecie./Zośka szukała, i znalazła./Znalazła sposób na szczęście w internecie./A był to sposób na ołówek osadzony w poprzek twarzy//Ten przepis bazował na tym,/że radość z powodu uśmiechu powiela się jak królik,/a mózg ludzki odczytuje rozciągnięcie ust/jako sygnał o zadowoleniu/i reaguje wydzielaniem hormonów szczęścia”. Znalazła też duńską metodę na osiągnięcie szczęścia zwaną „Hyge, duńska sztuka szczęścia”: „Przepis na duńskie szczęście polega z grubsza/na wyzyskaniu różnicy między mokrym a suchym,/trzeba mieć dom lub mieszkanie/w którym jest ciepło, sucho i bezpiecznie./A u Zośki wiadomo co./Eksmisja, grzyb i wilgoć”. Można tylko powtórzyć za Salcią Hałas, że: „Na Pekinie cudu nie będzie./Cud, żeby wyrosnąć potrzebuje nadziei, a u nas tylko znikanie i rozpad”.

Gdynia Pekin 2018/Hans Kasza

Dużo w tej książce wisielczego humoru. Sporo zasłyszanych i wtrąconych w tok opowieści mądrości ludowych, niezależnych od szerokości i długości geograficznych: „Utopić, mówi, utopić to jedna rzecz,/ale nie godzi się psa siekierą./Koguta to co innego, koguta można, ale psa nie./Utopić trzeba będzie”, mówi szczerze w którymś momencie partner Zośki, przez co partnerem tej nadwrażliwej cierpiętnicy być przestał. Bo przy całej surowości i prostocie życia mieszkańców Pekinu, duch solidaryzmu z naszymi braćmi mniejszymi jest tu obecny, bo: „Różne mają te zwierzęta teraz./Żeby samemu nie żyć/ […]Przychodzi taka z pracy wieczorem i gada do kota./Bo kota woli od chłopa./Ja nie powiem, chłop to kłopot, ciężko z chłopem,/a uciecha z chłopem rzadka./[…] Chłop to kłopot, ale bez chłopa też ciężko./Wszystko, co żywe, robi bałagan”.

„Ta książka jest piosenką o sąsiadach i ich zwierzętach, o znikaniu i o tym, od czego prawie wypadają oczy. Zawsze marzyliście o tym, żeby nikt nie mógł tak o Was zaśpiewać”, pisze recenzentka Barbara Kalicka i jako gdynianin, pierwszego co prawda pokolenia, ale wiekiem niemal równy miastu z marzeń, muszę tutaj zaprotestować. Jeśli chcę, by o mnie śpiewano, to nie chcę lukrowanego disco–polo, ale rytm i melodię właśnie taką, jaką nuci Salcia Hałas. Życie jest życiem, dopiero gdy zostanie opowiedziane. A kto mówi, że musi to być opowieść prawdziwa? Czy na zawsze mam pozostać anonimowym i złym? Czy rewitalizacja mojego wizerunku musi koniecznie odbywać się przez likwidację?

Poezja im niżej sięga, tym wyżej wzlata. Pierwszą, która postawiła na zaściankowość dzielnicowego toposu, była wejherowianka Dorota Masłowska i ona chyba jest w pewnym stopniu tą, której śladem podąża Salcia Hałas. Masłowska pierwsza też świadomie zbliżyła swoją prozę do poezji, pisząc „Pawia królowej” w stylu hip-hopowym. Odrobina magii, a także pewne realia, jak osadzenie akcji w miejscu, gdzie roi się od zapadlin, jam, tajemniczych korytarzy oraz uczynienie bohaterów swojej książki wrażliwcami z pogranicza psychicznej normalności i dewiacji, bliskie jest „Pokrzywdziu” Andrzeja Muszyńskiego, chociaż różni książkę Salci od tej kilka lat wcześniejszej, również nagradzanego i przyjętego z dużym aplauzem krytyków autora, język narracji. Muszyński ma wyraźną predylekcję do tworzenia neologizmów, bo jak twierdzi w jednym z wywiadów: „Literatura jest po to, by zaszyfrować rzeczywistość, bo wielu rzeczy nie da się powiedzieć wprost”. Hałas raczej stara się wyrażać swoje myśli w surowym, zbliżonym do mowy potocznej języku, nieznacznie tylko zmetaforyzowanym. Nie stroni od pisowni fonetycznej, zwłaszcza w słowach pochodzenia obcego. Akcja książki Salci osadzona jest mocno w życiu realnym, autorka odrobinę tylko stylizuje je fantasmagoriami swoich bohaterek. Częste powtórzenia wersów, pewne zapętlenie wypowiedzi powoduje, że możemy tę książkę odebrać jako tragikomiczny psalm. Do książki Salci można by odnieść słowa, które ze śmiechem powiedział Muszyński o swoim „Pokrzywdziu”: „Tak, to książka o zmianach klimatu”. Nie ma już prawdziwego, gdyńskiego Pekinu, jak i nie ma już prawdziwego lata i prawdziwych zim. A przepowiadające przyszłość wiedźmy można sobie wyguglować w internecie. Ironiczna dedykacja tej książki „Mojemu pięknemu miastu”, jest niezwykle wymowna.

Swietliki – Filandia Jeżeli masz problem z „odpaleniem” filmu, kliknij tutaj.

Czy koniec świata już się zaczął?

Pierwsze takie zdarzenie wyczuwają koty, a tych na Wzgórzu Orlicza–Dreszera nie brakuje. Zaczyna za to ubywać mieszkańców, częściowo z przyczyn naturalnych, bo warunki bytowania w tym zapomnianym przez miasto, a chętnie nawiedzanym przez ludzi Pośrednika miejscu, długiemu życiu nie sprzyjają.

„On, ten Hołking, mówił, że nie ma jednej wersji końca”. I bardzo dobrze. Wszak tylu jeszcze autorów ma okazję zmierzyć się ze swoją wersją Apokalipsy. Nam zaś, czytelnikom, cóż pozostaje, kiedy: „Wieje w porywach do 130. /Wieje i się wzmaga./ Dropiasta kawka buja się na jabłoni./ Krajowy Instytut ostrzega przed silnym wiatrem./Na Bałtyku sztorm./ Stan morza dziewięć do dziesięciu”.

Pozostaje otulić się ciepłym kocem i pochylić nad proroctwami Salci Hałas, bo dodają otuchy, kreśląc jednocześnie apokaliptyczne wizje. Ale budzić nadzieję, jednocześnie ją odbierając i strasząc, potrafią tylko mistrzowie pióra.

No i nie zapomnijmy nakarmić kotów, nie tylko tych ze Wzgórza Orlicz-Dreszera, ale i pamiętając: „…o stoczniowych kotach/co zlizują teraz wodę z szarej jak piołun rdzy/i przemierzają bez końca bezdomne przestrzenie/zbędnego już państwa porzuconych suwnic”. (Z wiersza „Na pomoście” Jolanty Kmieć–Sabury)

„Amba, fatima bęc.

Tak się stało”.

O czym zawiadamia Zbigniew Radosław Szymański.

Powiązane tematycznie

„Eastern” w Panoramie Kina Polskiego na 44. FPFF

Filmy otwarcia 44. FPFF

Kultura i rozrywka

Interaktywny Wawel Truck w Gdyni

Redakcja

Dodaj komentarz

avatar
400
  Subscribe  
Powiadom o

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania serwisu, aby oferować funkcje społecznościowe, analizować ruch na portalu i prowadzić działania marketingowe. Więcej informacji znajdziesz w polityce prywatności. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Akceptuję Wyjaśnienie