Obóz Zgoda, brama – pomnik wikipedia.org
Historia Kultura Redakcja poleca Wywiady

Komendant. Życie Salomona Morela

Salomon Morel był komendantem obozu Zgoda, w którym po 1945 r. polscy komuniści więzili i katowali tzw. volksdeutschów z Górnego Śląska. Zbrodnie Morela dopiero po 1989 r. zaczęto śledzić. Z Anną Malinowską, dziennikarką i autorką biografii Salomona Morela (Komendant. Życie Salomona Morela, Wydawnictwo Agora, 2020 r.) rozmawia Zbigniew Rokita.

 

Zbigniew Rokita: Właśnie ukazała się Pani książka Komendant. Co zdziwiło Panią podczas prac nad biografią Salomona Morela – naczelnika polskich więzień i obozów epoki stalinizmu?

 

Anna Malinowska:  Przede wszystkim to, że spotkałam się z oporem rodzin byłych więźniów świętochłowickiego obozu Zgoda, którym Morel kierował w 1945 roku.

 

Nie chcieli rozmawiać?

Salomon Morel, © https://pl.wikipedia.org/wiki/Salomon_Morel#/media/Plik:Salomon_Morel.jpg

Wielu nie chciało. Widać jak mocno zakorzenione jest u nich poczucie, że Zgoda to temat tabu. Latami Ślązacy bali się mówić o tym miejscu nawet we własnych domach. I proszę mi wierzyć, w wielu z żyjących więźniów i ich potomków ten strach nadal tkwi.

Jest jedno jedyne wydarzenie upamiętniające rokrocznie to, co stało się w Zgodzie – organizowany przez Ruch Autonomii Śląska Marsz na Zgodę, przemarsz z Katowic do Świętochłowic trasą pokonywaną przez więźniów 75 lat temu. Gdy szłam na marsz po raz pierwszy, byłam przekonana, że pod obozową bramą spotkam całe rodziny osób, które w Zgodzie były więzione.

 

 

Spotkała ich pani?

Tam nie ma ich rodzin. To, co wydarzyło się po wyzwoleniu Górnego Śląska w 1945 roku, było dla Ślązaków ogromnym szokiem: deportacje, gwałty, obozy, więzienia, zabójstwa, wyrzucanie z domów. Łatwiej było im to wyprzeć niż próbować się z tym oswoić. W Zgodzie zamknięto przecież głównie Ślązaków. Później ofiary żyły obok swoich oprawców. Wytworzyła się skomplikowana pajęczyna.

 

Ludobójstwo w Katyniu również przemilczano w PRL, ale po 1989 roku państwo polskie pamięć katyńską zrehabilitowało. Tam sytuacja była prosta: oni-my, źli-dobrzy. Na Górnym Śląsku trudniej o łatwe odpowiedzi, Ślązacy wciąż czekają, żeby państwo polskie przeprosiło za to, co robiło tutaj w pierwszych powojennych latach.

 

Pan mówi o państwie polskim, ale nawet w samym województwie śląskim niewiele się dzieje. Przed pandemią sejmik wojewódzki przyjął uchwałę upamiętniającą Tragedię Górnośląską w związku z 75. rocznicą. Gdy jednak rozmawiałam o tym z radnymi sejmiku, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to tylko kolejny pusty gest. Za uchwałą nie szły działania na rzecz przypomnienia o Tragedii, nie starano się przepracować trudnej pamięci. Nic.

 

Inne zaskoczenia? Dopytuję o nie, bo wydawać by się mogło, że biografia Morela nie powinna zaskakiwać – ot zbrodniarz i sadysta stalinowski, który stał się symbolem śląskiego archipelagu Gułag.

 

Zaskoczyły mnie wydarzenia w Garbowie – wsi na Lubelszczyźnie, w której Morel w 1919 roku przyszedł na świat, w żydowskiej rodzinie. Podczas niemieckiej okupacji ukrywał się wraz z najbliższymi, a w 1942 roku zostali zadenuncjowani. Miejscowi wystraszyli się, co będzie, gdy Niemcy ich znajdą. Morelów pogoniono więc przez całą wieś. Salomon Morel uciekł i dołączył do partyzantki komunistycznej, ale jego rodzice i brat z bratową zostali zastrzeleni przez granatowego policjanta o nazwisku Mazurczak. Wrzucono ich do dołu obok posterunku, a gdy posterunek remontowano w latach sześćdziesiątych, odnaleziono ciała.

 

W pani książce widać, że Zgoda jest centralnym punktem biografii Morela. Czemu zawdzięcza sobie ona reputację piekła na ziemi?

Musimy cofnąć się nieco w czasie. Podczas wojny mieszkańcy Górnego Śląska byli pełnoprawnymi obywatelami III Rzeszy. Volkslista w tym regionie była czymś zupełnie innym niż w Generalnym Gubernatorstwie. Trudno utożsamiać tam jej podpisanie ze zdradą państwa polskiego. Ślązacy w ramach ewidencji ludności byli początkowo zmuszani do podpisywania tzw. palcówki. Do jej podpisywania – z poparciem rządu emigracyjnego – namawiał przedwojenny biskup katowicki, Stanisław Adamski. Uważano, że otrzymanie wysokich grup volkslisty przez Ślązaków będzie kamuflażem, który pozwoli im przetrwać wojnę i uniknąć masowych przesiedleń.

Niemcy szybko zorientowali się, że coś jest tu nie tak, bo ponad 20 lat wcześniej w plebiscycie 40% Ślązaków opowiedziało się za Polską, a tu nagle całe wioski deklarują się jako Niemcy. Zarządzono więc, że numery volkslisty będą przydzielane przez urzędników. Później niektórzy Ślązacy zastanawiali się, czym kierował się urzędnik dając im ten, a nie inny numer.

 

W 1945 roku wysokie numery miały okazać się dla wielu przekleństwem. Komuniści odwrócili volkslistę i posiadaczy wyższych numerów uznali za zdrajców.

 

W teorii miano badać postawy poszczególnych osób podczas wojny, ale w praktyce do takich miejsc jak Zgoda kierowano bogu ducha winnych ludzi, bez żadnych śledztw. Często wystarczył sąsiedzki donos, ludzie załatwiali osobiste porachunki. Jedni chcieli przejąć czyjeś mieszkanie, inni po prostu zamierzali zrobić sąsiadowi na złość.

W Świętochłowicach ludzi wciśnięto do wielokrotnie przepełnionego, pozostawionego przez nazistów obozu. I ludzie wegetowali. Wegetacje przerywały im jedynie barbarzyńskie zabawy, jakie urządzał personel.

 

Jaką rolę odgrywa w tym Morel?

 

Morel jest komendantem. Nic nie dzieje się bez jego wiedzy i to właśnie on sprawia, że Zgoda staje się tak strasznym miejscem – obozów na Śląsku i poza nim było w 1945 roku przecież więcej. Morel okazuje się sadystą.

 

Nowych więźniów wita na placu apelowym słowami: „Wy hitlerowskie kurwy, Oświęcim to było przedszkole w porównaniu z moim sanatorium”.

 

Choć w Oświęcimiu nie był, sam wymyślił tę legendę.

 

Z zeznań więźniów wyłania się makabryczna opowieść. W obozie wybuchła epidemia tyfusu. Umierano wszędzie: na łóżku, w ustępie, na placu apelowym. Trup ścielił się gęsto. Nikt się tym nie przejmował. Śmierć personelowi i więźniom niebawem zobojętniała. Stało się to normalne, że ludzie budzą się obok trupów, że są torturowani, że z bezsilności niektórzy idą prosto na druty wysokiego napięcia. Przestało ich to wszystko szokować.

 

Liczby są sugestywne. IPN ustalił, że spośród 5 tysięcy osadzonych podczas niespełna roku funkcjonowania obozu zginęły blisko 2 tysiące.

 

Ludzie byli pozbawieni wody, jedzenia, opieki lekarskiej, do tego latem 1945 w potwornym upale wybuchła wspomniana epidemia.

 

Czy znaczenie dla postawy Morela wobec więźniów miał fakt, że Morel był Żydem? W Świętochłowicach stanął oko w oko z ludźmi, którym przypisywał zbrodnie nazizmu.

 

Można spytać, czy gdyby nie był Żydem, to czy znalazłby się w ogóle w Świętochłowicach? Po wyzwoleniu latem 1944 r. jego partyzancki oddział trafia do  Lublina. Partyzanci nie są już potrzebni. Potrzebne są kadry, ludzie do pracy w różnych miejscach, między innymi w więzieniach. Morela mianują strażnikiem w więzieniu na lubelskim zamku. Niezbyt przykłada się do swojej pracy, ale nowa Polska ma szczupłe kadry, Morel dostaje kopa w górę. Jedzie w nieznany sobie teren – na Górny Śląsk. Tam na, dzień dobry, zostaje komendantem obozu. Dokumenty milczą na ten temat, ale być może jego żydowskie pochodzenie miało znaczenie przy tym awansie. Decydenci mogli liczyć, że przełoży się to na jego większe zaangażowanie.

 

Morel był niewykształconym chłopakiem z Lubelszczyzny. Czy orientował się jakkolwiek w skomplikowanej sytuacji narodowościowej na Górnym Śląsku?

 

Ależ skąd. Nie miał o tym pojęcia.

 

Czyli możemy mu ufać, gdy mówił o swoim przekonaniu, że w obozie są sami naziści?

 

Na samym początku swojego pobytu na Śląsku mógł mieć takie przekonanie. Ale z biegiem czasu musiał zauważać sygnały, że to nie takie proste. Przecież słyszał, że Ślązacy mówią po śląsku, nie po niemiecku. Słyszał, co mówi się poza obozem. Musiało do niego z czasem docierać, że coś jest tu nie tak. To był inteligentny człowiek.

 

Właśnie. Nie odmalowuje go pani jako bezmyślnego sadysty. W Komendancie jest wiele wypowiedzi jego znajomych, którzy dobrze wspominali Morela, opisując go jako szarmanckiego, sympatycznego, pomocnego. Córka jednego z jego współpracowników mówiła: „Morel swoje dzieci uwielbiał. One go zresztą również. Przytulali się, wygłupiali. Morel był dowcipny, czasem rubaszny. Z nim zawsze było dużo śmiechu”. Jakim był człowiekiem poza drutami obozów i więzień?

 

To był młody chłopak, któremu nowy ustrój zagwarantował wikt, opierunek, a także niesamowity awans społeczny, wykształcenie – ukończył nawet studia prawnicze. Morel prywatnie nie był natomiast szczególnie interesującą postacią.

 

Kat ze Zgody nudnym panem?

 

Tak. To sadysta, ale z czasem zmienia się jego sposób życia. Staje się nudnym mieszczuchem, któremu najwięcej przyjemności daje pójście na mecz Ruchu Chorzów czy na brydża do sąsiadów. Większość powojennego życia spędził na Śląsku, gdzie nie miał bliskich przyjaciół, nie był osobą towarzyską, która wchodziłaby w głębsze relacje. Morel mieszka z żoną i dziećmi w katowickim śródmieściu, wtapia się w tłum, z latami staje się coraz bardziej niewidzialny.

 

Nie bez znaczenia są też zmiany polityczne. Najpierw przychodzi rok 1956 – odwilż, w więziennictwie kończą się czasy bezhołowia i twardej ręki doby stalinizmu. Za to, co stało się w Zgodzie, ukarano go śmiesznym, trzydniowym aresztem domowym, ale w 1956 wie, że era jego rozpasania się kończy. Później jest marzec 1968 i jako 49-letni Żyd zostaje wysłany na przymusową emeryturę. To dla niego cios, po którym nigdy się już nie podniósł i jeszcze bardziej zaszył się w domu. Uderzyło to w niego tym bardziej, że marzec 1968 to Mietek Moczar – jego dowódca z lasu, oni się przecież znali.

 

Wrażenie robi przytoczony opis jego mieszkania. Najnudniejszego z nudnych, w tej nudzie fascynującego.

 

Opisała je Grażyna Kuźnik, pierwsza dziennikarka, która weszła do jego mieszkania. Opowiadała mi, że było pozbawione śladów życia: bez roślinek, bibelotów, obrazków. Skromny, więzienny wystrój, przypominało cele. Być może Morel przyzwyczaił się do takich warunków, przez długi czas mieszkał z rodziną bowiem w lokalach przywięziennych. Był oswojony z estetyką drutu i wieżyczek. Z relacji innych osób, które bywały w tym domu, również wynika, że mieszkanie było bardzo „przeciętne”. Zwykłe, ciemnawe, żadnych luksusów.

 

Grażyna Kuźnik trafia na ślad Morela u progu transformacji. Znajduje w prasie ogłoszenie: ma odbyć się spotkanie byłych więźniów. Powoli, powoli o powojennych obozach i Morelu robi się coraz głośniej. Wraz z tym, jak komendant się starzeje i traci siły, sytuacja polityczna coraz szybciej zaczyna się odwracać – na jego niekorzyść. Jego byli więźniowie go nękają?

 

Nikt się do tego dziś nie przyzna, ale dano mi do zrozumienia, że mogło dochodzić do nękań. Jego adres był w książce telefonicznej, więźniowie go znali. Jedna z byłych więźniarek na każdego 1 listopada wysyłała mu pocztówkę z „pozdrowieniami”. Zaczynają nagabywać go też dziennikarze: polscy, potem z USA przyjeżdża John Sack, który napisze głośne Oko za oko o odwetach branych przez Żydów na Niemcach i na Ślązakach.

 

Morel nigdy nie spodziewał się, że kiedykolwiek dojdzie do przemian roku 1989, że kiedykolwiek ta prawda ujrzy światło dzienne. Myślę, że gdyby było inaczej, wyjechałby do Izraela już po marcu 1968.

 

W końcu prokuratura wszczyna śledztwo ws. Zgody.

 

To śledztwo było opieszałe, niedokładne. Zastanawia mnie, dlaczego.

 

Czytając akta śledztwa, mam dużo zastrzeżeń, co do sposobu jego prowadzenia. I mam wrażenie, że sprawa ówczesnych śledczych przerosła. Wzywano nie tych świadków, nie przyciskano Morela, nie słyszy kluczowych pytań, nie drążono. Śledczy zajmujący się tą sprawą zmieniają się jak na karuzeli. Najpierw sprawę dostaję osoba w wieku przedemerytalnym, starszy pan, który niebawem musi oddać śledztwo. Później, co chwilę kolejna osoba i kolejna, każda musi zapoznać się od nowa z materiałem, wdrożyć.

 

W 1992 roku Morel wyjeżdża do Izraela. Bał się?

 

On uciekł, nie mam wątpliwości. W Izraelu nie szczególnie się odnalazł, źle znosił tamtejszy klimat, zdrowie mu dokuczało. W listach, które słał do przyjaciół z rodzinnego Garbowa, opisywał jak tęskni za Polską. Zżerało go rozgoryczenie.

 

Polska prokuratura oskarża go w 1996 roku o zbrodnie przeciwko ludzkości, Izrael nie zgadza się na ekstradycję.

 

A Salomon Morel aż do swojej śmierci w 2007 roku otrzymuje polską emeryturę.

 

Anna Malinowska jest dziennikarką „Gazety Wyborczej”, zajmuje się m.in. historią Górnego Śląska. W 2016 roku ukazała się jej książka Brunatna kołyska. Historie uprowadzonych dzieci.

 

Anna Malinowska, Komendant. Życie Salomona Morela, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2020


 

Anna MalinowskaAnna Malinowska ukończyła politologię ze specjalnością dziennikarską na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Pracowała m.in. w Trybunie Śląskiej a od 2005 r. jest dziennikarką katowickiego oddziału “Gazety Wyborczej”. W 2017 r. ukazała się jej “Brunatna kołysanka” opowiadająca o losach polskich dzieci uprowadzonych w czasie wojny przez Lebensborn. Książka stała się bestsellerem.

 

 


 

Zbigniew RokitaZbigniew Rokita jest reporterem i dziennikarzem, specjalizuje się w problematyce Europy Wschodniej.

 

 

 

FORUM DIALOGU

Powiązane tematycznie

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania serwisu, aby oferować funkcje społecznościowe, analizować ruch na portalu i prowadzić działania marketingowe. Więcej informacji znajdziesz w polityce prywatności. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Akceptuję Wyjaśnienie