Białoruś, czyli o cenie za złudzenia
Felietony Polityka Redakcja poleca

Białoruś, czyli o cenie za złudzenia

Planowane na 9 sierpnia wybory prezydenta Białorusi z całą pewnością nie będą ani wolne, ani uczciwe. Prawie na pewno wynik zostanie sfałszowany, a oficjalnie ogłoszony rezultat wyborów będzie zasadniczo odbiegał od tego prawdziwego. Reżim poprawi wyniki, nawet jeśli Alaksandr Łukaszenka – co nadal jest wysoce prawdopodobne – wygrałby wybory bez ich fałszowania. Wybory nie będą jednak wolne również dlatego, że nie dopuszczono do nich głównych kontrkandydatów opozycji, a ci którym pozwolono startować w wyborach nie mają realnych możliwości prowadzenia normalnej kampanii wyborczej. Od standardów europejskich odbiega również atmosfera zastraszania zwolenników opozycji, którzy są wielokrotnie w nieraz brutalny sposób zatrzymywani przez siły porządkowe, a następnie skazywani w nieuczciwych procesach pod wydumanymi pretekstami na kilkunastodniowe areszty.

 

W 2010 roku kampania wyborcza przebiegała w stosunkowo – jak na białoruskie warunki – swobodnej atmosferze. W noc po wyborach doszło jednak do użycia siły przez władze, które w niezwykle brutalny sposób spacyfikowały demonstracje opozycji.  Ponad 1000 osób zostało aresztowanych, a kilkanaście –  w tym niektórych kandydatów na prezydenta – skazano na kilkuletnie wyroki więzienia.  W odpowiedzi na działanie władz Unia Europejska wprowadziła sankcje. Jedynym beneficjentem tych sankcji była Rosja. Łukaszenka znajdując się otóż w stanie izolacji miał bowiem mniejsze pole manewru, a tym samym był słabszy w starciu z Rosją. Lada moment Zachód może stanąć w obliczu identycznej sytuacji i identycznego dylematu. Jeśli białoruska opozycja postanowi w noc z 9 na 10 sierpnia wyprowadzić ludzi na ulice Mińska i ewentualnie innych białoruskich miast władza z całą pewnością użyje siły. Alaksander Łukaszenka tym różni się od byłego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza, że jest swoistym „wzorcem metra” dyktatora. Janukowycz, gdy Ukraińcy zaczęli wychodzić na ulicę, był niezdecydowany. Łukaszenka w odróżnieniu od niego spacyfikuje najdrobniejszą nawet demonstrację, gdyż zakłada, że jeśli pozwoli zebrać się tysiącu ludzi następnego dnia na ulicę może wylec kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Tym się zresztą różni obecna sytuacja na Białorusi od tej z 2010 roku, że wówczas ludzi zastraszano, bito i aresztowano głównie po wyborach, a obecnie już przed wyborami.

 

Kluczowe pytanie, które należy sobie zadać zastanawiając się nad tym, jaka powinna być reakcja UE na taki, niestety bardzo prawdopodobny rozwój sytuacji, brzmi czy Łukaszenka jest dzisiaj gwarantem białoruskiej niepodległości, czy też może wręcz przeciwnie – zagrożeniem dla białoruskiej suwerenności.

 

Odpowiedź wbrew pozorom nie jest wcale oczywista. Z jednej bowiem strony Aleksander Łukaszenka jest dziś już niewątpliwie gwarantem niepodległości. Ewidentne są jego próby nie poddawania się najdalej idącym moskiewskim zakusom i opór wobec prób przejęcia pełnej kontroli nad Białorusią oraz faktycznej likwidacji jej – choćby i niepełnej, ale jednak istniejącej – niepodległości.

 

Alaksandr Łukaszenka stworzył system, w którym kluczowe stanowiska po 30 latach białoruskiej niepodległości i 25 latach jego rządów zajmują ludzie w wieku około 40 – 50 lat, dla których nostalgia za Związkiem Sowieckim, a tym samym traktowanie Moskwy w szczególny sposób jest czymś obcym. Wbrew bardzo powszechnemu, niestety dominującemu w Polsce stereotypowi, większość białoruskiej nomenklatury jest tak naprawdę nastawiona patriotycznie. W Polsce patriotyzm utożsamia się, co skądinąd jest nieprawdą również w odniesieniu do Polski, wyłącznie z antykomunizmem i wspieraniem ruchów prodemokratycznych. Większość białoruskiego korpusu urzędniczego nie jest tymczasem prodemokratyczna, a i o komunizmie nie wypowiada się krytycznie.  Wbrew pozorom nie oznacza to jednak, że ludzie ci gotowi są w każdej chwili zdradzić swój kraj. Nie bez znaczenia jest też i to, że inna jest pozycja wiceministra na przykład spraw zagranicznych niepodległego państwa, a czymś zupełnie innym zamiana powyższego na karierę dyplomatyczną w rosyjskim ministerstwie spraw zagranicznych, w którym urzędnik taki nie miałby nawet gwarancji, że kiedykolwiek zostanie ambasadorem. Pomijając więc nawet kwestie patriotyzmu, również i pragmatyzm nakazuje białoruskiemu korpusowi urzędniczemu bronić Białorusi. Można i należy założyć, że i sam Łukaszenka nie jest wolny również i od takich, czysto pragmatycznych, kalkulacji. Z całą pewnością pragmatyzmu nie są pozbawieni oficerowie licznych białoruskich służb specjalnych, które – owszem – bardzo blisko współpracują ze służbami rosyjskimi w walce ze służbami zachodnimi, ale które – jak wszystko na to wskazuje – niemniej bacznie (tyle, że tutaj bez wsparcia ze strony służb zachodnich) przyglądają się również swojemu wschodniemu sąsiadowi. O tym, że białoruski kontrwywiad działa również na kierunku wschodnim świadczy choćby aresztowanie byłego szefa ochrony osobistej Łukaszenki, którego jak donosiły media, złapano na współpracy z rosyjskimi służbami specjalnymi.

 

Szkodliwym mitem jest, również szeroko rozpowszechnione w Polsce, przekonanie, iż posługiwanie się przez większość Białorusinów w tym również prezydenta językiem rosyjskim, a nie białoruskim miałoby dowodzić braku uczuć patriotycznych.

 

Wszystkie powyższe argumenty na rzecz tego, iż Alaksandr Łukaszenka jest dziś korzystnym wyborem z punktu widzenia przetrwania białoruskiej państwowości nie unieważniają niestety argumentu na rzecz tezy przeciwnej. Łukaszenka jest organicznie niezdolny do przeprowadzenia głębokich, strukturalnych reform białoruskiej gospodarki. Chroniąc pełnię władzy i nie wypuszczając lejców z rąk, białoruski prezydent stracił już wiele okazji, by wzmocnić gospodarkę i w efekcie przy każdym kolejnym starciu z Rosją jest coraz słabszy.

 

Nie to jest jednak prawdziwą przyczyną, z racji której zdecydowana większość Polaków zajmujących się polityką wschodnią zarówno w dyplomacji, analityce jak i służbach specjalnych jest od lat wrogo nastawiona do Łukaszenki. Polscy, wywodzący się z wielkomiejskiej inteligencji (tyle, że niekoniecznie starej wielkomiejskiej inteligencji) eksperci nie byli w stanie wznieść się ponad klasowe uprzedzenie i nie byli w stanie oceniać Łukaszenki bez pogardy typowej dla relacji polskich elit i polskiego ludu. Łukaszenka w oczach Polaków to tyle, co prostak ze wsi.

 

Białoruski prezydent stał się też symbolem dyktatora i bywa nawet nazywamy ostatnim dyktatorem Europy. Problem polega na tym, że białoruski miękki autorytaryzm jest cieniem systemu, który panuje od lat w Rosji. Pod rządami Władimira Putina w Rosji jest oczywiście więcej opozycyjnych mediów niż kiedykolwiek było na Białorusi pod rządami Łukaszenki, ale jeśli wziąć pod uwagę mordy polityczne, to ich ilość w Rosji – również biorąc poprawkę na liczbę ludności, zdecydowanie przekracza cokolwiek z czym mieliśmy kiedykolwiek do czynienia na Białorusi. Jeśli przyjrzeć się z kolei ilości więźniów politycznych, bilans również wypada na korzyść Białorusi. Jeśli wreszcie uświadomić sobie, że Rosja, to nie tylko Moskwa i Petersburg, ale również Czeczenia z jej tak zwanymi obozami filtracyjnymi, a de facto obozami koncentracyjnymi w których setkami mordowano trafiających tam ludzi, to okazuje się, że jako Zachód z powodów moralnych nakładaliśmy sankcje na Białoruś, a równocześnie ignorowaliśmy idące w tysiące mordy w Rosji. Argumenty moralne, które nakazują nakładać sankcje na Białoruś stają się bardzo dwuznaczne, gdy uświadomimy sobie, że na Rosję z powodu rozpętania wojny na Ukrainie nałożyliśmy sankcje ledwie odrobinę silniejsze od tych które nałożyliśmy na Białoruś z powodu owszem brutalnej pacyfikacji demonstracji opozycji, ale jednak nie rozpętania kolejnej wojny w Europie.

 

Akceptacja, czy też może raczej tolerancja dla systemu autorytarnego (w wypadku Białorusi zazwyczaj określonego jako dyktatura, choć wyrażenie miękki autorytaryzm zapewne precyzyjniej opisuje charakter państwa białoruskiego) jest kwestią etycznie wątpliwą. W Polsce, gdzie uwielbia się rozprawiać o moralności w polityce zagranicznej, jest zaś zadaniem nieomal samobójczym. W polityce międzynarodowej zagadnienia etyczne, czy też moralne nie są jednak nigdy czarno-białe.

 

Z jednej strony mamy więc do czynienia z Alaksandrem Łukaszenką, który był i pozostanie dyktatorem, ale z drugiej z kwestią interesów Zachodu i interesów samych Białorusinów. Gdyby w imię racji moralnych w efekcie wesprzeć rosyjskie interesy na Białorusi, to byłoby to tak naprawdę działaniem podwójnie amoralnym. Rosyjskie interesy na Białorusi oznaczają bowiem po pierwsze brak wolności, a po drugie brak niepodległości Białorusi. Jeśli patrzeć z kolei na aspekt moralny w kontekście sporu, czy też może już nawet bardziej konfliktu Zachodu z Rosją, rzecz wydaje się oczywista. Mamy jako Zachód cały szereg wad, ale to nie my, a Rosja napadła na Ukrainę i to nie nasi, a rosyjscy żołnierze i najemnicy mordują Ukraińców. Pomimo więc wszystkich naszych – Zachodu – wad i niedociągnięć, to my jesteśmy stroną moralną. Rosja lubuje się w oskarżaniu Zachodu o to, że w niektórych krajach przymykając oko na kwestię demokracji i praw człowieka, a w innych postępując w sposób nieraz bardzo zasadniczy stosuje podwójne standardy. To prawdziwy zarzut, ale trzeba byłoby do niego dodać tę uwagę, że tak jak my na Zachodzie czasem przymykamy oko na nasze własne standardy, tak już Rosja oko na standardy przymyka zawsze. My w odniesieniu do demokracji i praw człowieka miewamy podwójne standardy. Rosja nie ma jakichkolwiek.

 

Przede wszystkim jednak kluczowe jest zupełnie co innego. W przeciwieństwie do większości polskiego środowiska eksperckiego już od lat nie mam żadnych złudzeń, że Białoruś i Ukraina mają na tę chwilę perspektywę członkostwa w Unii Europejskiej, o NATO już w ogóle nie wspominając. Wyobrażam sobie kompromisowy scenariusz w którym Białoruś i Ukraina stają się swoistą strefą buforową pomiędzy Zachodem, a Rosją, czerpiąc przy okazji korzyści z relacji z obiema stronami. Taki scenariusz jest na dziś całkowicie nierealny z tego prostego powodu, że Rosja ani przez sekundę nie zrezygnowała ze swoich bardzo daleko idących aspiracji odzyskania pełnej kontroli nad Mińskiem i Kijowem, a Zachód z kolei działając reaktywnie chyba w ogóle nie ma jakiejkolwiek koncepcji. Jeśli zaś ją posiada, to mimo iż w rzeczywistości jest od Rosji wielokrotnie silniejszy, to przez swoją słabość polityczną i brak zdecydowania jest w oczach Moskwy słabszy i niegodny tego by się z nim układać. Skądinąd sukcesy Rosji, to biorąc pod uwagę realny układ sił jedynie swoisty „triumf woli”. Jeśli kiedyś w przyszłości scenariusz finlandyzacji Ukrainy i Białorusi miałby wejść w życie, to o Ukrainę i Białoruś należy dziś toczyć walkę nie po to, by wygrać i przeciągnąć obydwa kraje na swoją stronę (bo tego zapewne zbyt wielu na Zachodzie nie chce), ale po to by ich nie przegrać. Przegrana nie oznacza bowiem wcale końca historii, a jedynie początek nowego etapu rosyjskiej agresji.  Ostrze rosyjskiego imperializmu i uwaga rosyjskich służb specjalnych skupi się – gdy Moskwa upora się już z Mińskiem i Kijowem – na samym Zachodzie. Wspieranie Brexitu i niepodległości Katalonii pokazują, że Rosji nie brakuje ani ambicji, ani rozmachu i fantazji (skądinąd siła woli Kremla zasługuje na niewątpliwy szacunek).

 

Prozachodnia opozycja na Białorusi w 2010 roku była słaba, ale była jedyną alternatywą w stosunku do Łukaszenki. 10 lat później białoruska prozachodnia opozycja nie liczy się w grze. W Polsce czyni się jej z tego zarzut, zupełnie zapominając o tym, jak pozbawiono ją wsparcia. Tak naprawdę istotą drwin jest to, że „prawdziwa opozycja” powinna przecież być skuteczna, najlepiej w ogóle bez pieniędzy. I nic to, że Solidarność była jak najprawdziwszą opozycją, ale pieniądze jednak przecież miała (tyle, że w Polsce nie wypada o tym w ogóle wspominać).

 

Efektem porzucenia prozachodniej opozycji jest to, że dwaj główni przywódcy obecnej opozycji (których – dodajmy – nie dopuszczono do wyborów i którzy trafili do aresztu) to b. szef banku Gazpromu na Białorusi i bloger, który przez lata prowadził interesy w Rosji.  Słowem – bardzo wiele wskazuje na to, że mogą być oni wspierani przez Rosję. Nawet jeśli jednak przyjąć, że nie ma na to ostatecznych dowodów, to niepokoić musi to, iż ludzi tych nie zna nikt w szeregach prozachodniej opozycji. Zwykła ostrożność nakazuje podchodzić do obecnej opozycji z ogromną wstrzemięźliwością.

 

Moskwa, Kijów i Mińsk są paradoksalnymi miastami. Gdy wysiada się z samolotu widzi się europejskie miasto i Europejczyków. We wszystkich tych miastach (w Moskwie w szczególności) żyje wspaniała, świetnie wykształcona inteligencja. Moskwa jest miastem w którym nawet śpiąc po 4 godziny dziennie nie da się zobaczyć wszystkich wystaw i spektakli, wysłuchać koncertów i pojawić się na wszystkich konferencjach. Wielu ludzi Zachodu widząc Moskwę i Kijów (Mińsk jest znacznie bardziej prowincjonalny) ulega czarowi i urokowi tych niewątpliwie europejskich miast. Każdy, kto jednak negocjował cokolwiek w którymkolwiek z tych miast wie, że są one tyleż europejskie, co i bardzo… bliskowschodnie. Powyższe nie ma w żaden sposób deprecjonować Bliskiego Wschodu, który nie jest tutaj stawiany ani wyżej, ani niżej niż Europa. Bliski Wschód nie jest bowiem ani lepszy, ani gorszy. Jest po prostu inny. Każdy kto był na bliskowschodnim bazarze, wie że twardo negocjując można uzyskać tam dobrą – nieraz lepszą niż w Europie – cenę, ale nie negocjując w ogóle można wielokrotnie przepłacić. W Moskwie, Kijowie i w Mińsku jesteśmy więc – owszem – w Europie, ale gdy przychodzi do targowania przenosimy się w jednej chwili na bazar. Na bazarze zaś trzeba twardo się targować i trzeba mieć też czym płacić.

 

O tym, że powyższe jest konieczne w relacjach z Rosją było już powyżej. Jeśli chcemy jednak skutecznie targować się z Alaksandrem Łukaszenką też warto pamiętać o tych zasadach. Zachód przez 25 ostatnich lat rozmawiając z Łukaszenką nie miał tak naprawdę nic do zaoferowania, a Łukaszenka nie za bardzo chciał cokolwiek sprzedać, ale też niczego nie zamierzał kupić. Teraz jednak jest pod presją jak nigdy do tej pory. Należałoby więc choćby spróbować sformułować, być może po raz pierwszy i zarazem ostatni, realną ofertę.

 

Po pierwsze, należałoby wysłać bardzo wyraźny sygnał do opozycji, że oczekujemy umiarkowania. Jeśli opozycja jest w stanie zebrać w Mińsku ćwierć miliona ludzi, to być może rewolucja jest nieunikniona. Jeśli jednak na ulice ma wyjść kilkanaście tysięcy ludzi, to nieunikniona jest tylko powtórka scenariusza z 2010 roku.

Po drugie, należałoby wysłać sygnał do Łukaszenki, że oczekujemy zastosowania takich środków policyjnych które mówiąc brutalnie będzie można jeśli nie zaakceptować, to w każdym razie przemilczeć.

Po trzecie jako, że nigdy nie będziemy mieli gwarancji, że jakiekolwiek porozumienie zawarte z reżimem w Mińsku będzie trwałe, należałoby powrócić do wspierania białoruskiej opozycji, tak aby następnym razem mieć jednak jakieś karty do gry.

Po czwarte, należałoby uruchomić wszelkie możliwe kanały komunikacji z reżimem, bowiem o ile nie ziści się scenariusz rewolucyjny, to z reżimu, a nie z opozycji, wywodzić się będzie przyszły przywódca Białorusi.

Po piąte, należałoby opracować realną ofertę wsparcia gospodarczego, co nie będzie łatwe, bo do tej pory Łukaszenka nigdy nie był skłonny dopuścić zachodnich inwestorów do ewentualnej prywatyzacji.

Po szóste, należy zaoferować Białorusinom konkurencyjny wobec rosyjskich środków masowego przekazu, zestaw mediów, przy czym media te powinny być, nie tak jak ma to miejsce obecnie, antyłukaszenkowskie, a prozachodnie.

Po siódme, należy w ramach UE wypracować spójną politykę uwzględniającą jakąś formę rozsądnego kompromisu – w tym również z Rosją.

I wreszcie po ósme, należałoby się zdecydować, czy wszystko to, co ew. wypracujemy zamierzamy realnie robić, czy wolimy jednak dalej udawać, że robimy.  Polityka na Wschodzie jest niestety brutalna, a więc i nasz w niej udział musi być oparty na twardych kalkulacjach politycznych a nie na pseudokalkulacjach moralnych. Powyższe wymaga jednak tego, by jakieś silne, stabilne i poważne państwo zechciało takiemu projektowi przewodzić.

Witold Jurasz, dziennikarz Onetu i Dziennika Gazety Prawnej, Prezes Ośrodka Analiz Strategicznych. Były pracownik Zakładu Inwestycji NATO, dyplomata w Moskwie oraz chargé d’affaires RP na Białorusi. W przeszłości był też gospodarzem talk-show w Polsat News, gdzie przeprowadził ponad 700 wywiadów. Pracował też w spółce zajmującej się międzynarodowym handlem bronią.

FORUM DIALOGU

Powiązane tematycznie

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania serwisu, aby oferować funkcje społecznościowe, analizować ruch na portalu i prowadzić działania marketingowe. Więcej informacji znajdziesz w polityce prywatności. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Akceptuję Wyjaśnienie