Image default
Felietony Historia

30 rocznica uchwalenia ustawy o samorządzie gminnym

Dziś mija 30 rocznica uchwalenia ustawy o samorządzie gminnym – samorządowej konstytucji, matki wszystkich kolejnych regulacji budujących ramy działalności na rzecz wspólnot lokalnych. 8 marca 1990 roku wszystko się zaczęło i ruszyło niezwykle szybko: niecałe trzy miesiące później, 27 maja 1990 odbyły się pierwsze w wolnej Polsce wolne wybory samorządowe – i w ogóle pierwsze wolne. Swoją drogą, niezwykłe tempo i determinacja, które dziś budzą szacunek. Z tych trzydziestu lat aż 20 (1998-2018) spędziłem w ławach gdyńskiej rady miasta, mam więc prawo mówić i myśleć o sobie jako o samorządowcu i z takiej perspektywy piszę dziś.

Choć miałem i mam wiele zastrzeżeń do tego, co dzieje się na gdyńskim podwórku, choć widzę wiele bolączek i nieprawidłowości i mam poczucie, że można by inaczej, mądrzej, lepiej, traktując mieszkańców poważniej (po to wszak startowałem!), to nie mam wątpliwości, że reforma samorządowa była tą, która nowej Polsce udała się najbardziej. Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że samorządy, lepiej lub gorzej, ale radziły sobie i radzą z kolejnymi zadaniami, które przerzuca na ich barki państwo. Wiem też, że obywatele, z wszystkimi zastrzeżeniami, o których wiemy, co do zasady ufają samorządom, przywykli do nich, docenili i chcą się czuć gospodarzami przestrzeni, na której żyją i którą współtworzą. Samorządność smakuje zacnie, nic wiec dziwnego, że jest ceniona i stała się naturalną postawą wielu z nas.

Po drodze ta konstrukcja, uszyta 30 lat temu, ciągle była zmieniana, przebudowywana i poszerzana: zmieniano liczebność rad, ordynacje wyborczą, dodawano kolejne szczeble samorządu, wprowadzano bezpośrednie wybory prezydentów, burmistrzów i wójtów, dodawano kolejne zadania, ograniczano wynagrodzenia, wreszcie – ograniczono władzom wykonawczym liczbę kadencji. Niektóre decyzje oceniam jako słuszne, co do innych mam wątpliwości, ale w zasadzie wszystkie z nich wprowadzono nie przejmując się zdaniem zainteresowanych i nie traktując samorządów jako partnera. Robiły to w zasadzie rządy wszystkich opcji.
Posłowie, sami dbając o swoje apanaże, prewencyjnie obcinali wynagrodzenia samorządowcom, gdy ministrowie dostali nagrody i rozjuszyli społeczeństwo, z rozpędu przycięto po raz kolejny wynagrodzenia również prezydentom miast. Gdy mowa była o rosnącej administracji, posłowie ochoczo przystąpili do … zmniejszania liczebności rad. Gdy władze krajowe wprowadzały kolejne reformy oświaty, ochoczo je obwieszczały i patrzyły, jak samorządy gaszą pożary i płacą, w żywej gotówce, miliardy za zmiany. Gdy władze krajowe postanowiły wypłacać „500 +”, też postanowiły zrobić to rękami samorządów, które musiały błyskawicznie, za własne pieniądze oczywiście, zbudować sieć jednostek i ludzi obsługujących ten system. Gdy państwo polskie ogłosiło idee obsługi przedsiębiorców w jednym okienku, patrzyło z uwagą, jak samorządy wypełnią składaną przez innych deklaracje. Samorządy przyjmowały polskie rodziny z Kazachstanu czy z Ukrainy, budowały mieszkania komunalne, zaciągały kredyty na budowy nowych szkół, dróg, taboru autobusowego – ogólnie dawały radę, choć znamy już przypadek bankructwa gminy, były więc i ofiary.

Czy dziś można patrzeć na przyszłość samorządu ze spokojem, skoro to udana i trwała zmiana? Daleki jestem od spokoju. Po pierwsze, nasze państwo od lat stoi w rozkroku, jakby nie umiało się zdecydować, czy ufa samorządom, czy jednak woli zarządzać centralnie. Przekazało szkoły samorządom – to one je prowadzą, budują system dodatków, modernizują placówki, rozbudowują, podnoszą im standard – a jednocześnie zachowano system kuratoriów, których rola jest coraz mniej jasna i moim zdaniem, po prostu zbędna. Kuratorium kontroluje i nadzoruje, choć realnie nie ma żadnych narzędzi wspierania szkół, wpływania na nie ani brania odpowiedzialności za jakość nauczania. Powstały urzędy marszałkowskie, a pozostały urzędy wojewódzkie, z niepomniejszoną w ogóle administracją – często tak jak w Gdańsku, obie instytucje funkcjonują w tym samym gmachu, obie przekonane o kluczowości swojego istnienia i strategicznej dla regionu funkcji. To samorząd odpowiada za architekturę i pozwolenia na budowę, ale inspektorat nadzoru budowlanego pozostaje, poza tym systemem. To samorząd ma troszczyć się o zabytki i dziedzictwo, ale wojewódzcy konserwatorzy nadal są wysłannikami państwa.
W ostatnich latach wyraźnie widać spychanie samorządów do narożnika. W myśl zasady: ile pieniędzy, tyle odpowiedzialności, coraz bardziej centralizuje się środki. Kolejne programy powstają w formule rozdzielania pieniędzy przez administracje centralną, coraz bardziej rośnie udział dotacji w budżetach samorządów, czyli coraz bardziej są one uzależnione od czyjejś decyzji: dam albo nie. Państwo nie rozlicza się uczciwie, za zadania, które zleca: przekazuje za mało na oświatę i z kamienną twarzą informuje, że jego zdaniem wystarcza. Maleje siła dochodów własnych samorządów i udziału w podatkach. Coraz częściej gminy i powiaty muszą stać u klamki kogoś, kto może dać pieniądze, ale nie musi, a jeśli da – to sam określi kryteria komu, za co i na co. Czym to grozi, to dość oczywiste i z samorządnością nie ma nic wspólnego. Za moment za kolejne decyzje rządu znów zapłacą samorządy z naszych pieniędzy i zacznie się (już się zaczęło!) obcinanie wydatków.
Oczywiście, oszczędne wydawanie grosza publicznego to pożądane działanie, ale tu dzieje się coś innego – wydawana jest ta sama suma, tylko o losie coraz większej części z tej puli zdecyduje państwo. A to znaczy, że usługi publiczne będą tracić na jakości, a mieszkańcy będą mieć o to pretensje do samorządów, bo kto z mieszkańców śledzi, jak dokładnie chodzi pieniądz publiczny? Dla ludzi będzie to proste: prezydent zabrał autobus, prezydent skasował imprezę, prezydent wybudował mniej chodnika niż obiecał, zamknął szkołę. Ale za to, prezydent dobrze żyjący z rządem dostał znów dotacje od wojewody, dostał kasę na fundusz dróg itd. itp. Za chwilę może się okazać, że mniej jest ważne, czy prezydent jest mniej czy bardziej profesjonalny, za to bardziej ważne, z jakim logo startował albo kogo wspierał. A z profesjonalizmem też będzie problem, bo dziś nieszczególny mistrz z branży IT zarabia lepiej niż włodarz miasta – o menadżerze w prywatnej firmie nie wspomnę, bo to już zupełnie inna liga. Nie dziwi mnie, że prezydent Słupska znudził się już po jednej kadencji mimo wcześniejszych deklaracji (on, zdaje się, w ogóle niespecjalnie lubi dotrzymywać słowa), a burmistrz Pelplina, choć z jedynie słusznej partii, wybrał pracę za wielokrotnie większe pieniądze w państwowych spółkach.

Dlatego dziś, w 30- lecie samorządu, gdy za chwilę pewnie różni oficjele będą sobie nawzajem wręczać puchary i przypinać medale do dumnie wypiętych piersi, poza życzeniami dobrej, rzetelnej i efektywnej pracy dla lokalnych wspólnot, mam też życzenia, by wreszcie państwo polskie na coś się zdecydowało i na przykład postanowiło zakończyć reformę samorządową: odpowiedzialnie przekazało wszystkie zadania, które można i należy zrealizować blisko obywateli, uczciwie przekazało tę część naszych podatków, która jest potrzebna, by to sfinansować, obcięło swoje niepotrzebne wypustki i uschłe gałęzie, które wchodzą do samorządowego ogródka i zwyczajnie przeszkadzają, by wezwało wojewodów do narożnika uświadamiając im, że nadgorliwość w blokowaniu uchwał samorządów tylko ośmiesza ich i państwo polskie.

Przestańmy hodować sobie obywateli zalęknionych, niesamodzielnych, biernych, czekających na decyzje i pieniądze z centrali, w zamian budujmy państwo ludzi samodzielnych, myślących, decydujących i biorących odpowiedzialność za swoje decyzje. Zgódźmy się z tym, że mają swoje poglądy, które mogą być inne niż nasze. Uznajmy, że zasada pomocniczości jest dobra, wartościowa i godna zastosowania. Pozwólmy samorządom płacić ludziom, których zatrudniają, tyle, na ile wyceniają ich pracę, zamiast wymuszać selekcję negatywną i rządy niedopłaconych ludzi wykonujących pracę kiepskiej jakości.

Wiele osób mi zarzuca, że jestem zbyt naiwny i za często idealizuję, zatem dopowiem jasno: nie mam żadnych złudzeń, że życzenia, które przed chwilą złożyłem, są możliwe do spełnienia w obecnej konfiguracji politycznej. Nie są.
Nie są też chyba raczej możliwe pod rządami Koalicji Obywatelskiej ani lewicy – te środowiska, mając taką możliwość, też samorządności rozwijać nie chciały. Jako radny miałem okazje obserwować wojewodów z PiS, PO i lewicy i choć PiS ma szczególne zasługi w zakresie centralizacji procesów, decyzji i finansów, to pozostałe ekipy też nie błysnęły.

Wygląda na to, że w świetle nadchodzących wyborów poza oczywistym dla mnie wyborem, czyli Szymon Hołownia, który z kwestii samorządności uczynił jeden z czterech filarów programu i złożył jasne i mocne deklaracje (to jeden z powodów, dla których go popieram), pewnie jeszcze lider PSL, partii samorządem silnej od lat, może dawać nadzieję na coś dobrego w tej kwestii. Zwycięstwo obecnego prezydenta z kolei pomoże w dalszym „zaorywaniu” samorządów i czynieniu z ich coraz mniej istotnych, bo trend jest oczywisty i zapewne się nasili.

Tymczasem – samorządom, czyli nam – i opłacanym przez nas, z naszych podatków, pracownikom samorządowym – gratuluję, dziękuję i życzę wszystkiego najlepszego!

Zygmunt Zmuda Trzebiatowski

Powiązane tematycznie

Groźny precedens

Redakcja

PRZYSZŁOŚĆ WIARĄ CZYNIONA

Julian Aleksander Michaś

50-lat działalności Muzeum Gdańska. Jego początki były…

Redakcja

Dodaj komentarz

avatar
400
  Subscribe  
Powiadom o

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania serwisu, aby oferować funkcje społecznościowe, analizować ruch na portalu i prowadzić działania marketingowe. Więcej informacji znajdziesz w polityce prywatności. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Akceptuję Wyjaśnienie